Janusz Christa

ur. 19 lipca 1934, Wilno, Litwa

zm. 15 listopada 2008, Sopot, Polska

Seria "Kajtek i Koko":

  • 1961 - [#1] Kajtek i Koko wśród piratów

  • 1963 - [#2] Kajtek i Koko w krainie baśni

  • 1964 - [#3] Na tropach pitekantropa

  • 1966 - [#4] Śladem białego wilka

  • 1967 - [#5] Zwariowana wyspa

  • 1967 - [#6] Londyński kryminał

Seria "Kajtek i Koko w kosmosie":

  • 1968 - [#1] Zabłąkana rakieta

  • 1968 - [#2] Twierdza tyrana

  • 1968 - [#3] Przyjaciel Jol

  • 1968 - [#4] Planeta automatów

  • 1968 - [#5] Obce świadomości

  • 1968 - [#6] Dwór Apodyktusa

  • 1968 - [#7] Bogini moczarów

Seria "Kajko i Kokosz":

  • 1972 - [#1] Złoty Puchar

  • 1973 - [#2] Szranki i konkury

  • 1974 - [#3] Woje Mirmiła

  • 1975 - [#4] Szkoła latania

  • 1976 - [#5] Wielki turniej

  • 1977 - [#6] Na wczasach

  • 1977 - [#7] Zamach na Milusia

  • 1980 - [#8] Skarby Mirmiła

  • 1981 - [#9] Cudowny lek

  • 1982 - [#10] Festiwal czarownic

  • 1983 - [#11] Dzień Śmiechały

  • 1987 - [#12] W krainie borostworów

  • 1990 - [#13] Mirmił w opałach

  • 2004 - [#14] Urodziny Milusia

Komiksy z "Relaxu":

  • 1976 - Bajki dla dorosłych

  • 1977 - Zaginiona załoga

  • 1977 - Pap Paparura i pies AJ

  • 1978 - Łabędź

Seria "Gucek i Roch":

  • 1978 - [#1] Tajemniczy rejs

  • 1979 - [#2] Kurs na Półwysep Jork

Inne:

  • 1983 - Bajki (programy teatralne)

  • 1993 - Polbida

"KAJTEK I KOKO" Janusz Christa (1961-68)

#1 "Kajtek i Koko wśród piratów" Janusz Christa (1961-62)

To pierwszy komiks autorstwa Janusza Christy, w którym pojawili się wspólnie Kajtek i Koko. Pierwszy raz wydrukowany w „Wieczorze Wybrzeża” w latach 1961-62, nosił oryginalnie tytuł „Przygody Kajtka Majtka”. Był czarno-biały i składał się z 226 pojedynczych pasków. W latach 1993-94 przedrukowano go we fragmentach w gazecie „Super Boom”, pod tytułem „Kajtek, Koko i piraci”, na 34 stronach, z których 28 pokolorowano. Następnie komiks w całości w formie czarno-białej w 2001 Egmont włączył do swego wydania zbiorczego „Na tropach Pitekantropa”, ponownie zmieniając tytuł. Postać marynarza Kajtka pojawiła się u Christy po raz pierwszy jeszcze w 1958 w komiksie zatytułowałym „Niezwykłe przygody Kajtka-Majtka”, ale początkowo mało przypominał tego, którego kojarzą dziś czytelnicy. Koko na początku nosił imię Frank. W „Kajtek i Koko wśród piratów” przez pierwsze 20 pasków występuje anonimowo i nazywany jest „grubym marynarzem”. Dopiero po miesiącu Christa wymyślił mu imię. Ale nawet po wydrukowaniu komiksu najwyraźniej nie był przekonany, czy uczynić Kajtka i Koko duetem. Bo w latach 1962-63 Koko pojawił się samemu w kolejnym komiksie wydrukowanym w „Wieczorze Wybrzeża” o nazwie „Opowiadanie Koka”. W „Kajtek i Koko wśród piratów” widzimy pierwsze spotkanie późniejszej nierozłącznej pary. Kajtek jest radiooperatorem na statku Kakaryka, podczas gdy Koko nieopatrznie zaciąga się na pokład okrętu pirackiego o nazwie Murena. Piraci atakują statek Kajtka, a następnie planują wysadzenie go w powietrze razem ze skrępowaną załogą. Koko uwalnia ich jednak przechodząc na stronę Kajtka. Statek piracki najwyraźniej zostaje zatopiony, ale gdy przyjaciele próbuje wydobyć pieniądze z wraku znika. Okazuje się, że był w istocie sprytnie zakamuflowanym okrętem podwodnym. Po konflikcie z detektywem Luxem, tropiącym piratów bohaterowie trafiają do więzienia, skąd szczęśliwie uciekają. Przeżywają sztorm na morzu, by trafić na opustoszałą wyspę, która jak się okazuje przewidziana jest do zbombardowania. Dostają się na statek Vavula, przewożący dużą ilość złota, który ma być kolejnym celem piratów. Na jego pokładzie dochodzi do walki między ludźmi kapitana Kakaryki i policjantami Luxa, bo obie strony biorą tych drugich za piratów. Ale zanim pojawiają się prawdziwi piraci Kajtek i Koko wyrzucają skrzynie ze złotem za burtę. Piraci odnajdują skrzynie, ale te okazują się puste, bo stanowiły jedynie przynętę przygotowaną przez Luxa. Przyjaciele nieopatrznie zatapiają piratom ich łódź podwodną, po czym podejmują z nimi walkę, przy wsparciu skonfliktowanego z nimi plemienia murzyńskiego. Gdy wydaje się, że zostaną w końcu zabici przez nich pojawia się kapitan Kakaryki i ratuje im życie, podczas gdy piraci trafiają za kratki. Pierwszą rzeczą, która od razu rzuca się tu w oczy, jest fakt, że komiks bardziej przypomina późniejszego „Gucka i Rocha” niż sławnego „Kajka i Kokosza”. I to nie tylko dlatego, że wydarzenia rozgrywają się na morzu. Głównym tematem opowieści jest walka z bandytami, a bohaterowie wydają się dość zwyczajni. Kajtek nie prezentuje jeszcze przebiegłości Kajka. A Koko w pierwszym momencie wręcz rozbraja swoją głupotą. Pomijając scenę, w której udaje, że podpala ląt, podczas gdy w istocie wprowadza wszystkich w błąd, ma wprost zastanawiającą umiejętność nie dostrzegania tego, co się wokół niego dzieje i ciągłego pakowania siebie i Kajka w kłopoty. Poza tym ma nieposkromiony apetyt, raz gdy jest głodny próbuje zjeść swego przyjaciela. Potrafi się też wykazać nadludzką siłą, ale tylko gdy wpadnie we wściekłość. Świat opisany w komiksie wydaje się realistyczny, ale nie jest taki do końca. Christa kilkakrotnie łamie zasady owego realizmu, co sugeruje, że w opowieści brakuje mu jakichś elementów nadprzyrodzonych, które później obserwować będziemy w „Kajku i Kokoszu”. Najbardziej jaskrawym tego przykład jest scena, w której Koko rzuca się na rekina ludojada i odgryza mu kawałek ogona. A w jednym momencie pojawia się zdecydowanie bajkowy potwór morski. Jest tu również szereg zwykłych komiksowych nieprawdopodobieństw, z których wiele, jak sądzę, wynika z tego, że autor nie był specjalistą od tematyki morskiej i temat ten został mu niejako narzucony (bo pisał dla gazety z wybrzeża). Np. trudno byłoby uwierzyć, że można okręt podwodny zamaskować tak, by wyglądał na jednostkę nawodną, żeby nikt się nie zorientował. Fabuła, wzorem klasycznych komedii, opiera się głównie na ciągu kolejnych nieporozumień i do pewnego momentu jest dość zaskakująca. W tym sensie, że sami dajemy się nabrać, że Lux i jego ludzie to piraci. Wiele wydarzeń jest efektem błędnej interpretacji rzeczywistości. Przyjaciele pozbywają się złota, nie wiedząc, że żadnego złota nie ma. Potem boją się odpowiedzialności za pozbycie się go i próbują je odzyskać narażając własne życie. Natomiast sceny rozgrywające się pod koniec komiksu na wyspie zdradzają typową wadę wczesnego pisarstwa Christy, polegającą na zbyt dużej ilości zwrotów akcji. Bohaterowie tyle razy cudem unikają śmierci, że w końcu tracimy zainteresowanie wydarzeniami, które zdają się coraz bardziej powtarzalne. Fabuła kręci się niejako w kółko, zamiast dążyć do jakiegoś klarownego rozwiązania. Poza tym za dużo tu narracji, co jest przejawem kiepskiego jeszcze chwilami opanowania rzemiosła komiksowego. Christa ma trudności z jasnym opowiadaniem historii, więc o wszystkim musimy być stale informowani, byśmy się nie pogubili w tym co się dzieje. Komiks byłby dużo lepszy, gdyby autor pozwolił nam się czasem domyśleć tego, co się dzieje, zamiast nam to stale tłumaczyć. Sposób narysowania Kajtka i Koko jest jeszcze dość odległy od tego, jak wyglądali później Kajko i Kokosz. Wizualnie komiks też chwilami bardziej przypomina „Gucka i Rocha”. Nawet scena z powieszeniem przypomina tę, którą później widzimy w „Kurs na półwysep Jork”. Ale biorąc pod uwagę, że to jedna z pierwszych dużych prób komiksowych Christy, rysunki generalnie nie wyglądają źle. Widać, że artysta jest na dobrej drodze do stworzenia swego indywidualnego, łatwo rozpoznawalnego stylu. Niektóre sceny dynamiczne prezentują się już efektownie, w paru miejscach pojawiają się nawet gwiazdki typowe dla Asteriksa. Rysunki posiadają też sporą ilość szczegółów, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę, że komiks nie jest wcale krótki. Jedyną rzeczą, która autorowi zdecydowanie nie wyszła, to obrazki rekinów. Natomiast kałamarnica (wydaje mi się, że to raczej ośmiornica), ten potwór wodny, a także lew, są bardzo udane.

  • 1961-62 - Wieczór Wybrzeża, "Przygody Kajtka Majtka", 226 pasków,                                  czarno-biały

  • 1993-94 - Super Boom, "Kajtek, Koko i piraci", 34 strony, pokolorowany

  • 2001 - Egmont, "Na tropach Pitekantropa" (Na tropach Pitekantropa,                            W krainie baśni, Wśród piratów), 18x25cm, 480 stron, czarno-biały

Grafika:

*

Fabuła:

*

OCENA:

2/10

#2 "Kajtek i Koko w krainie baśni" Janusz Christa (1963-64)

Drugi komiks z serii o Kajtku i Koko, stworzony przez Janusza Christę, ale pierwszy, w którym obaj od początku występują w równorzędnych rolach. Oryginalnie liczył 348 pasków i był czarno-biały. W 1994 120 z nich ukazało się w albumie i w kolorze pod tytułem „Pojedynek z Abrą”. Całość (żeby być ścisłym usunięto 10 pasków) po raz pierwszy została opublikowana w wersji albumowej przez Egmont w 2001 w tomie zbiorczym „Na tropach Pitekantropa”, obok omawianego przeze mnie wcześniej „Kajtek i Koko wśród piratów”. Egmont zmienił też pierwotny układ poziomy na pionowy. I na tę wersję patrzymy w tej chwili. Komiks opowiada o tym, jak profesor Kosmosik podarował bohaterom urządzenie, które potrafi wyczarować im wszystko, co tylko zapragną. Oburzony stwierdzeniem profesora, że czary nie istnieją krasnoludek daje Kajtkowi i Koko do poczytania książkę zawierającą baśnie, legendy i podania ludowe. Obaj zaczynają ją czytać, przenosząc się w świat baśni. Spotykają tam Czerwonego Kapturka i próbują odnaleźć jego zaginioną babcię. Pomagają brzydkiemu kaczątkowi, które jak się okazuje ubrudziło się tylko. Umożliwiają biednemu ogrodnikowi zdobyć rękę księżniczki, dają lekcję trójce świnek jak zbudować solidny dom i pomagają Jasiowi i Małgosi odnaleźć drogę do domu. Gdy śpią ktoś wykorzystuje ich magiczne urządzenie, by pomóc Kopciuszkowi i pozbawić złego księcia jego majątku. Dają się wciągnąć temu ostatniemu w intrygę, mającą mu umożliwić bezprawne przejęcie sąsiedniego królestwa. Muszą rozwikłać tajemniczą historię rodziny królewskiej otrutej pewnej nocy przez nieznanego sprawcę. Ostatnią i najdłuższą historią w tym tomie jest spotkanie ze złym czarnoksiężnikiem, nazywanym w skrócie Abrą (bo jego pełne nazwisko jest zbyt długie, by je można było wymówić), który zaczarował wszystkich w królestwie. Dostają się do jego zamku, wykorzystując fakt, że jego czary na nich nie działają i ostatecznie pokonują go, mimo że ten w pewnym momencie staje się niewidzialny, a na koniec zamienia się w smoka. Poetyka komiksu to swoiste połączenie tradycyjnej baśni i nowoczesnej techniki. Konflikt pomiędzy tymi dwoma sferami zaznaczony jest od samego początku. Urządzenie, który wymyśla profesor Kosmosik, jest z pozoru dziełem techniki, ale bardziej przypomina czary. Samo zawiązanie akcji jest raczej absurdalne. Przeniesienie się bohaterów w świat baśni nie jest w żaden sposób wytłumaczone logicznie. Przypomina wniknięcie postaci w inną rzeczywistość, którą później oglądaliśmy w wielu polskich komiksach (parokrotnie w Tytusie, a także w Kleksie). Gdy bohaterowie są już w świecie bajkowym obserwują rozmaite baśnie, ale przez pryzmat osoby współczesnej. Nie tylko wykorzystują nowoczesną świadomość, by pomóc występującym w nich postaciom, często sprowadzając sobie do pomocy wynalazki wpółczesności, ale też same bajki niezauważalnie wypaczają się i posiadają pewnego rodzaju współczesny twist. Okazuje się więc, że babcia Czerwonego Kapturka wcale nie zginęła, i bynajmniej nie jest osobą, która wymagałaby jakiejś pomocy. Brzydkie kaczątko nie jest łabędziem, a jedynie wymaga kąpieli. Piękna księżniczka nie zamierza poślubić biednego ogrodnika i trzeba do tego użyć podstępu. W bajce o trzech świnkach nie pojawia się prawdziwy wilk, więc Koko musi go udawać. Odnalezieni Jaś i Małgosia okazują się zupełnie innymi dziećmi, a staruszka ich przetrzymująca nie jest wcale żadną wiedźmą. A w bajce o Kopciuszku książę okazuje się czarnym charakterem, który absolutnie nie powinien otrzymać ręki pięknej sieroty. Te pierwsze opowieści w tomie wydają się bardzo epizodyczne i są prawdę mówiąc niezbyt dobre. W wielu z nich na bakier również z logiką. W historii o Jasiu i Małgosi bohaterowie dokonują podkopu do domu babci, a później zostają schwytani na lasso przez jej kota. Z czasem Christa wydaje się w coraz mniejszym stopniu zainteresowany nowymi interpretacjami starych bajek. Jego kolejne opowieści wciąż utrzymane są co prawda w konwencji bajkowej, ale zaczynają przybierać postać niemalże kryminalnych zagadek, które stara się rozwikłać Kajtek. Najpierw ginie bez śladu babcia Czerwonego Kapturka. Później jakaś tajemnicza osoba pomaga Kopciuszkowi. W opowieści o odzyskaniu królestwa przez rybaka mamy już do czynienia ze skomplikowaną intrygą. A w historii otrucia rodziny królewskiej całkowicie przenosimy się w świat kryminalnych zagadek a la Agatha Christie. Te zagadki zawiązane są dosyć zręcznie, tak że przykuwają nasze zainteresowanie, nawet jeżeli ich wyjaśnienia nie są już tak dobre. Np. z góry wiemy, że osoba przebrana za rybaka to zły książę, bo motyw przebierania się jest tu wykorzystany wielokrotnie. Najlepsza jest jednak kończąca tom opowieść o czarowniku Abrze, w której pojawia się jeszcze inna stylistyka. Komiks był pisany tak długo, że autor zdążył przez ten czas wyraźnie wyewoluować. Przeszedł od króciutkich opowiastek pozbawionych większego znaczenia, do rozbudowanej historii, w której Abra pełni rolę charyzmatycznego czarnego charakteru. Jego walka z bohaterami, wyposażonymi w czarodziejskie urządzenia przemienia się w defacto pojedynek na czary, a może bardziej na wyobraźnię, bo każda strona wydaje się nie być ograniczona żadnymi logicznymi barierami. Akcja niestrudzenie pędzi do przodu, przechodząc od jednego pomysłowego rozwiązania do drugiego i w odróżnieniu do tego, co widzieliśmy wcześniej w „Kajtek i Koko wśród piratów” fabuła nie nudzi się. W tym momencie komiks zaczyna przypomieć nieco to, co później Christa rysował przy okazji „Kajka i Kokosza”. I widać wyraźnie, że w podobnej konwencji czuje się dużo lepiej niż na morzu, czy w czasach współczesnych. Jest to świat czarów, z Kajtkiem i Abrą wykazującymi się sporą inteligencją w kolejnych próbach pokonania przeciwnika. Także Koko nie sprawia wrażenie opóźnionego w rozwoju, jaki się wydawał w poprzednim tomie. Narracji wciąż jest tu trochę za dużo, zwłaszcza, że mamy wrażenie, że Christa nie ma problemu z wyraźnym narysowaniem wszystkiego, co się dzieje. Stąd głos narratora opisującego to, na co patrzymy, wydaje się tym bardziej zbędny. Ale na szczęście jest go mniej niż to było poprzednim razem. Od strony wizualnej twarze głównych bohaterów narysowane są zręcznie, ale ich ciała wydają się jeszcze bardzo niedopracowane. Zwłaszcza Koko sprawia wrażenie bardzo nieforemne, a z początku ma za długie ręce. Kolejne występujące w komiksie postacie są na przemian mniej lub bardziej udane. Np. babcia Czerwonego Kapturka wygląda okropnie i nie jest to jedyna źle narysowana postać kobieca. Podobnie fatalnie wygląda królowa. Dobrze Chriście natomiast wychodzą rozmaite zwierzęta. Z czasem kreska autora wydaje się poprawiać. W historii otrucia rodziny królewskiej wszystkie postacie narysowane są już prawidłowo. A w opowieści o Abrze obrazki chwilami wyglądają niczym z „Kajka i Kokosza”. Pojawiają się np. krasnoludki, które widzieliśmy tam później.

  • 1963-64 - Wieczór Wybrzeża, 348 pasków, czarno-biały

  • 1994 - Adarex, "Pojedynek z Abrą", 64 strony, kolorowy

Grafika:

**

Fabuła:

**

OCENA:

4/10

#3 "Kajtek i Koko na tropach pitekantropa" Janusz Christa (1964-65)

Komiks wydany oryginalnie „Wieczorze Wybrzeża”, w który składa się z 369 czarno-białych pasków. W 2001 Egmont opublikował go w swym zbiorczym wydaniu trzech wczesnych tomów o Kajtku i Koko (obok omawianych już przeze mnie „Wśród piratów” i „W krainie baśni”), który nosił dokładnie ten sam tytuł co komiks. W opowieści tej profesor Kosmosik prosi pływających po morzu śródziemnym bohaterów o odnalezienie pitekantropa, przodka człowieka, którego ponoć widział na wyspie O’Jeja kapitan Cook. Podobizna wykonana przez Cooka przypadkowo pasuje do dziwnego mężczyzny, którego przyjaciele znajdują w Neapolu, w towarzystwie pewnego gangstera, nazywanego Wąsikiem. Kajtek i Koko porywają pitekantropa i próbują go wywieść do Polski, ale zamiast tego trafiają wraz z Wąsikiem na pokład samolotu, lecącego do Hong Kongu. Po katastrofie Wąsik próbuje się ich pozbyć, używając do tego lokalnych bandytów, ale bez powodzenia. Wszyscy przenoszą się do Bombaju w Indiach, gdzie Wąsik przekonuje parę naukowców, że pitekantrop to Yeti i ci wywożą go statkiem. Kajtek, Koko i pitekantrop lądują w lodówce pływającej po oceanie, przypadkowo wyławia ich Kakaryka, ich własny statek, po czym dostają się do Singapuru. Gdzie niechcący doprowadzają do wysadzenia w powietrze bazy wojskowej. Przenoszą się do Hong Kongu, gdzie odbijają pitekantropa z rąk Wąsika i lecą do Nowego Jorku. Tam okazuje się, że żekomy pitekantrop to zdziwaczały milioner i właściciel firmy produkującej gumę do rzucia, którego próbuje się na wszystkie sposoby pozbyć jego krewny-mafiozo, wynajmując do tego zadania Wąsika i parę podążających za nimi zabójców. Ostatecznie wszyscy przestępcy trafiają za kratki, milioner potraktowany specjalnymi promieniami przeznacza swój majątek na cele charytatywne, a Kajtek i Koko szczęśliwie wracają do domu. Porównując ten tom do dwóch poprzednich z cyklu zauważyć można, że konstrukcja całości jest tu dojrzalsza. Mamy do czynienia z jedną, poprowadzoną od początku do końca i rozbudowaną intrygą. Sam pomysł wyjściowy dobrze przykuwa naszą uwagę. Już tytuł budzi nasze zainteresowanie. Pod tym względem widzimy wyraźny postęp w stosunku do raczej mało interesującej fabuły „Wśród piratów” i epizodycznych i nie zmierzających nigdzie przygód „W krainie baśni”. Akcja nabiera też wyraźnego rozmachu. Przenosimy się z jednego egzotycznego miejsca w drugie. Odwiedzamy Włochy, Indie, Singapur, Hong Kong i Amerykę. Kiedy komiks ten ukazał się z pewnością musiało to robić wrażenie na polskim czytelniku. Co prawda obraz tych obcych landów nie jest może z dzisiejszego punktu widzenia całkowicie wierny rzeczywistości, ale jest tu trochę kulturowych szczegółów i parę widoków na nowojorskie drapacze chmur. Niestety na tym lista zalet tego komiksu wyczerpuje się. Zacznijmy od samego głównego pomysłu, na którym zasadza się cała fabuła. Jest on od początku do końca kompletnie niedorzeczny. Profesor Kosmosik wysyła Kajtka i Koko do odnalezienia praczłowieka, którego widział James Cook, chociaż ten żył w XVIII wieku. Ci usiłują porwać jakiegoś przypadkowego człowieka, który podobny jest do podobizny pitekantropa, czyli homo erectusa. Porwany przez cały czas wykazuje się całkowitą biernością i poza jednym momentem nie wypowiada ani jednego słowa, nawet gdy zamykają go w lodówce. Jeżeli oczekujemy, że z czasem wszystko to wyjaśni się jakoś logicznie, to czeka nas rozczarowanie. Bo Christa owego pitekantropa od początku, sprytnie trzeba przyznać, wykorzystuje, jako pewnego rodzaju rekwizyt, i nie poczuwa się do obowiązku, by na koniec wytłumaczyć wszystkie dziwne rzeczy, które się tu po drodze rozgrywają. Poza tym akcja opiera się na dwóch powtarzanych w kółko elementach, które posuwają ją do przodu. Pierwszym są całkowicie nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, które tu następują. Bohaterowie cały czas wpadają na siebie, nawet po tym jak rozbijają się na środku morza. Przypadkiem przenoszą się do tego samego miasta, i natychmiast się spotykają w nim, nawet jeżeli tym miastem jest wielomilionowy Bombaj czy Hong Kong. Bez trudu odnajdują Wąsika, czy to w Neapolu, czy w Nowym Jorku, a nawet jak nie odnajdują to od razu sam wpada w nich na ulicy. Drugim powtarzanym w kółko elementem fabularnym są ciągłe nieporozumienia, coś, co już widzieliśmy jako główny motor napędzający akcję w albumie „Wśród piratów”. Bohaterowie są stale ścigani przez policję za coś, czego nie zrobili. Albo uciekają przed nią, choć tamci wcale ich nie gonią. Tajniaka biorą za bandytę, a sami udają chorych na dżumę. Przebierają się za kogoś, kim nie są, i sami dają się nabrać na przebierającego się Wąsika. Zamiast skrzyni z pitekantropem pakują do samolotu skrzynię z bombą. Kajtek myśli, że Koko nie żyje, a Koko sądzi, że ten jest w więzieniu i próbuje go odbić. W wyniku pomyłki dostarczają na statek żywność przewidzianą dla pancernika. Nade wszystko jednak pitekantrop nie jest żadnym pitekantropem. Można więc powiedzieć, że wszystko od początku do końca jest jednym wielkim nieporozumieniem. Musimy też przymknąć oko na fakt, że bohaterowie podróżują po całym świecie, i nie tylko nie mają problemów by się z wszystkimi porozumieć, ale w żadnym momencie nie zostaje zaadresowany problem pieniędzy. Mimo że po drodze mieszkają w hotelu i jadają w restauracjach. Najwyraźniej posiadają nieograniczony kredyt na karcie kredytowej, jak przystało na majtków pokładowych. Powiedzmy że jest to pewnego rodzaju umowna konwencja. Irytujące jest natomiast, że ilekroć wpadną w łapy gangsterów ci zamiast ich zabić wymyślają jakiś skomplikowany sposób na ich zamordowanie, który następnie nie udaje się. Szczytem absurdu jest scena, w której bandyci zamiast zastrzelić Kajtka przywiązują go do słupa i czekają aż utopi się na skutek przypływu. Po raz pierwszy w opowieść o Kajtku i Koko wkrada się też na dużą skalę komunistyczna propaganda. Nie jest to co prawda wyjaśnione do końca, ale można się domyśleć, że ta baza wojskowa, przypadkiem zniszczona przez bohaterów w Singapurze, po serii całkowicie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, należała do Brytyjczyków, którzy sprawiają tu wrażenie okupanta. Widzimy bowiem manifestację mieszkańców przeciwko nim, a także ich radość, gdy ta wylatuje w powietrze. Rozśmieszyło mnie również, że pomimo ogromu ukazanych tu zniszczeń, wśród których było zatopienie pancernika przy pomocy torped, jak uspokaja nas autor, na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych. Drugim wyraźnym wtrętem ideologicznym jest obraz Nowego Jorku, w którym panuje niemożliwy do zniesienia tłok i straszne wprost naciągactwo. Nie da się opędzić od komiwojażerów i automatów z wodą sodową, które wyciągają od ciebie pieniądze. Banki są rabowane w biały dzień, a policjant nie reaguje na to, bo zajęty jest manifestującymi, którzy noszą transparent z napisem: „prawa dla czarnych”. Zresztą policja i tak jest całkowicie skorumpowana i na usługach gangsterów. Ten widok Ameryki przypomina mi bardzo to, co parę lat później widzieliśmy w piątym tomie przygód „Tytusa, Romka i A’Tomka”. Tylko z tą automatyzacją Christa przesadził. Nie bardzo wiem skąd wytrzasnął tę zautomatyzowaną restaurację. Jeśli chodzi o rysunki to bohaterowie wciąż wyglądają tak, jak wyglądali w albumie „W krainie baśni”. Christa dalej ma problemy z przedstawieniem postaci w jakichś bardziej dynamicznych sytuacjach. Wszelkie bójki i skoki wyglądają bardzo nienaturalnie. Poprawiła się natomiast jego umiejętność rysowania rozmaitych typów ludzkich: kobiecych, męskich, a także dzieci. Tło staje się coraz bardziej szczegółowe. Autor z powodzeniem przenosi swych bohaterów na morze, w dżunglę, na pokład samolotu, i w wiele egzotycznych miejsc. Co biorąc pod uwagę czas powstania tego komiksu musi budzić szacunek.

  • 1964-65 - Wieczór Wybrzeża, 369 pasków, czarno-biały

Grafika:

**

Fabuła:

*

OCENA:

3/10

#4 "Śladem białego wilka" Janusz Christa (1966-67)

Komiks, który pierwotnie ukazał się w odcinkach w wersji czarno-białej w „Wieczorze Wybrzeża” na przełomie 1966-67. Składał się z 312 pasków. W 1989 został opublikowany przez Krajową Agencję Wydawniczą w wersji pokolorowanej w trzech albumach. I ponownie w 2007 w oryginalnej wersji czarno-białej, w tomie zbiorczym wydanym przez Egmont. Pierwszy album wydany przez KAW pod tytułem „Śladem białego wilka” opowiada o tym, jak Kajtek i Koko, z powodu remontu ich statku podróżują skuterem po Polsce, gdy odnajduje ich profesor Kosmosik i zleca odnalezienie białego wilka, który grasuje w okolicy. Wilk okazuje się jednak psem, który uciekł swym właścicielom. Bohaterowie poznają podejrzaną dwójkę mężczyzn, którzy podają się za malarzy, Zamsza i jego kompana, oraz parę myśliwych-dowcipnisiów, spacerujących po poniemieckich bunkrach. Ci pierwsi okazują się przestępcami, planującymi zdobycie skarbu ukrytego w tych bunkrach. Przybywa do nich Niemiec von Bombke, jak się później okazuje poszukiwany listem gończym, który jest mózgiem całej operacji. Bandyci na wszystkie sposoby próbują pozbyć się Kajtka i Koka, co im się jednak nie udaje. Opowieść posługuje się początkowo podobnym pomysłem, na którym zbudowany był poprzedni album, „Na tropach Pitekantropa”. W tym wypadku rodzajem podtrzymującego nasze zainteresowanie rekwizytu jest ów tytułowy „biały wilk”, który wcale nie jest wilkiem (tam pitekantrop okazał się nie być pitekantropem). Zawiązanie akcji jest podobnie jak poprzednio absurdalne, bo bohaterowie nie są w żaden sposób przygotowani na poszukiwania, które mają prowadzić. Ale z czasem okazuje się, że nie o fantastyczne egzemplarze fauny się tu rozchodzi, ale o poszukiwanie skarbu w stylu typowym dla PRL-owskiej opowieści dla młodzieży lat 60-tych. Podobnym do popularnych powieści Zbigniewa Nienackiego o panu Samochodziku, czy Adama Bahdaja, jak „Wakacje z duchami”. W książkach tych grupka chłopców, z reguły harcerzy, w czasie wakacji styka się z jakąś tajemniczą sprawą, która po rozwianiu się niezwykłej aury okazuje się dość pospolitą intrygą kryminalną. W historiach tych celem jest zawsze jakiś skarb z czasów II wojny światowej, ukryty przez hitlerowców w zamku, czy, jak w tym wypadku w bunkrze. Hersztem bandy jest z reguły obcokrajowiec, najlepiej Niemiec, co bazowało na wciąż żywej niechęci do Niemców. Ten tutaj ma dodatkowo monokl w oku, co kojarzyło się z najgorszymi typami z SS. Kajtek i Koko nie są co prawda harcerzami, ale chociaż wyglądają na dorosłych, zachowują się często jak dzieci. Są ciekawi, czasem odważni, czasem bojaźliwi, w dużej mierze bezbronni wobec ścigających ich, uzbrojonych przestępców. By wytłumaczyć dlaczego bohaterowie zmuszeni są rozwikływać zagadkę samemu, a nie zgłosić wszystko na milicję Christa wymyśla skomplikowaną intrygę, w wyniku której są oni niesłusznie oskarżeni o przestępstwa, których nie popełnili. Drugi album nosi tytuł „Duch bunkra” i opowiada o tym, jak bohaterowie zostają schwytani przez przestępców pod kierownictwem von Bombke i zmuszeni do współpracy przy odnalezieniu hitlerowskiego skarbu. Przy pomocy mapy posiadanej przez Niemca dostają się do podziemnego bunkra, gdzie najwyraźniej grasuje niewidzialny upiór, ale ten okazuje się parą myśliwych, którzy także mają chrapkę na skarb. Von Bombke pozbywa się myśliwych, Kajtka i Koka zamyka w bunkrze, radzi sobie również z detektywem, wysłanym z Warszawy do jego ujęcia. Bohaterom udaje się wydostać na zewnątrz i wciąż ścigani podążają tropem przestępców, którzy po drodze pozbywają się jednego ze wspólników, po czym milicja odnajduje ich rozbity samochód w rzece. Tym razem w pierwszej części tej historii rolę „białego wilka” przejmuje „niewidzialny” duch, straszący w podziemiach bunkra, co znów skutecznie podtrzymuje nasze zainteresowanie tą dość stereotypową opowiaską. Aż do momentu, gdy czar pryska i wyjaśnia się, że żadnego ducha nie ma. Co nie oznacza, że Christa pozbywa się całkowicie „białego wilka”. Widać, że pojawia się on w czarodziejski sposób ilekroć bohaterowie wpadną w jakiejś tarapaty, z których nie są w stanie sami się wydobyć. Kolejne wydarzenia są dość przewidywalne. Domyślamy się obecności myśliwych w bunkrze, i tego, że musi prowadzić do niego drugie wyjście. Z drugiej strony świadczy to o tym, że cała intryga zbudowana jest logicznie i nie ma tu rzeczy przypadkowych. Konwencję łamie nieco postać detektywa, który jest trochę panem Samochodzikiem obserwującym z oddala wydarzenia, dorosłym przyglądającym się poczynaniom dzieci. Jest on chwilami postacią poważną, a chwilami groteskową, rodzajem parodii Sherlocka Holmesa, i nie do końca pasuje do reszty komiksu, który jest napisany na poważnie. Conajwyżej z prostym humorem w wykonaniu Koka, który nieco rozładowuje sytuację stale marudząc i próbując zamaskować swe tchórzostwo. Postać detektywa jest próbą nieco poważniejszego, bardziej subtelnego pisarstwa, podczas gdy reszta stanowi komiks, w którym wszystko wytłumaczone jest do ostatniego słowa przy użyciu olbrzymiej ilości dialogów i narracji. To przeładowanie tekstem, przegadanie powoduje, że nic tu nie jest pozostawione naszej wyobraźni i z dzisiejszego punktu widzenia jest to technika przestarzała. Trzeci album nosi tytuł „Chybiony strzał”. Kajtek i Koko odnajdują von Bomke i Zamsza w niedużej miejscowości, gdzie cała czwórka wpada w łapy lokalnego przestępcy o pseudonimie Mały. Milicja jest na ich tropie i aresztuje Małego, a bohaterowie cudem uchodzą z życiem z płonącego budynku. Do von Bomke dołącza jego wspólnik Helmut i razem planują ucieczkę z Polski przygotowanym wcześniej kutrem. Koko zostaje aresztowany, a Kajtek kradnie bandytom jedną z walizek ze skarbem, po czym razem z nimi dostaje się na łódkę, którą płyną w morze. Po tym jak łódka tonie przesiadają się na przypadkowo spotkany statek, ale Kajtek zawiadamia kapitana, że to przestępcy i zostają oni aresztowani. Jak się okazuje skarb ukrył ten trzeci, w garażu ich domu, a Niemiec wywoził zagranicę walizki z cegłami. W odcinku tym Christa wprowadza kolejnego malowniczego bandytę, Małego, jakby nie do końca ufając stworzonym wcześniej czarnym charakterom, i jest to udana postać. W ostatnich scenach Kajtek i Koko wracają w znajome strony, ponownie lądując na morzu. A na koniec skarb, jak to za komuny, trafia w ręce milicji, co powoduje, że musimy mieć wątpliwości, czy warto było im się angażować w tę niebezpieczną przygodę, z której tak naprawdę w żaden sposób nie skorzystali. Poza tym po raz kolejny świat nakreślony przez Christe wydaje się bardzo mało i bohaterowie nie mają problemu z odnajdywaniem się nawzajem. A bandyci co prawda stale strzelają ze swych pistoletów, ale nie są w stanie w nic trafić. Nawet we własnego psa. W Kajtka strzelają wielokrotnie, bez powodzenia, i nawet gdy się wydaje że go trafili, okazuje się, że wcale nie. Jedyny postrzelony w tej historii to kumpel Zamsza, którego próbują zlikwidować, ale i to się im nie udaje, bo wychodzi z tego z życiem. Graficznie mamy tu do czynienia z podobnym sposobem rysowania postaci jaki widzieliśmy już wcześniej w „Na tropach Pitekantropa”, z tym że tym razem brakuje jakichś ambitnych rysunków egzotycznych miejsc. Kajtek i Koko wciąż są rysowani w bardzo dziecinny sposób. Kajtek ma przesadnie dużą głowę i niezgrabny tułów, a Koko jest na przemian silny i gamoniowaty, ale wygląd bardziej ten drugi. Pozostałe postacie są ciekawe i różnorodne, a twarze bandytów przypominają nieco te, które potem widzieliśmy w Gucku i Rochu. Pojawiają się też akcenty humorystyczne, w postaci dzieci i, nie wiadomo dlaczego, niektórych milicjantów. W całym komiksie za to prawie nie ma postaci kobiecych, co pokazuje do kogo był ten komiks adresowany.

  • 1966-67 - Wieczór Wybrzeża, czarno-biały, 312 pasków

  • 1989 - KAW, 3 tomy, pokolorowany, 17x11cm, 3x40 stron,                  miękka okładka

  • 2007 - Egmont, czarno-biały, 18x25cm, 155 stron,                                twarda okładka

Grafika:

**

Fabuła:

**

OCENA:

4/10

#5 "Zwariowana wyspa" Janusz Christa (1967)

Komiks opowiada o tym, jak Kajtek i Koko, płynąc przez Pacyfik na statku Kakaryka dostają się w pobliże pewnej wyspy, na której znajduje się aktywny wulkan, gdy zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Po dotarciu na wyspę w towarzystwie Bosmana i dwóch innych marynarzy doświadczają całej serii halucynacji. Zaburzeniu ulega poczucie czasu, ludzie stają się niewidzialni, a Koko zamienia się na jakiś czas w małpoluda. Ktoś umieszcza im dziwne oręcze na szyjach, słyszą tajemnicze głosy i skaczą sobie do oczu. Od początku podejrzanie zachowujący się Bosman atakuje ich, ale zostaje unieszkodliwiony przez dziwny obiekt latający. Po powrocie na statek okazuje się, że prawdziwy Bosman cały czas na nim przebywał. Po przebadaniu tego drugiego przez naukowców stwierdzają oni, że to robot najprawdopodobniej pochodzący z innej planety. Jest to zdecydowanie najlepsza fabuła jaka do tego momentu wyszła spod ręki Christy. Przede wszystkim dlatego, że jako pierwsza sprawia wrażenie przemyślanej od początku do końca. Podczas gdy poprzednie były najprawdopodobniej pisane i wymyślane z dnia na dzień. W poprzednich, które omawiałem, mieliśmy do czynienia z jakimś podtrzymującym nasze zainteresowanie elementem, podczas gdy same historie były mniej ciekawe. Tym razem cała intryga jest bardzo dobra. Christa też najprawdopodobniej doszedł do wniosku, że wątek mistyczny nie musi wcale kończyć się dokładnym wyjaśnieniem zagadki. Może pozostać ona niewyjaśniona. Chociaż wyraźnie sugeruje się nam, że chodzi o UFO. Pod tym względem dostrzec można również w komiksie zalążki konwencji science-fiction, którą później rozwinie autor przy okazji „Kajtka i Koko w kosmosie”. Poprawie ulega też sama technika komiksowa i coraz więcej sytuacji pozbawionych jest tłumaczącej nam wszystko narracji. Tym, co powoduje, że opowieść ta działa, jest też fakt, że wszystko rozgrywa się w jednym miejscu. Nie przeskakujemy z jednej scenerii w drugą, jak to było we wcześniejszych albumach. Sytuacja jest od początku stabilna i tak naprawdę nie znajduje swego rozwiązania aż do końca. W ten sposób Christa ostatecznie zrywa z epizodyczną konwencją opowieści drogi typową dla gazetowej historyjki obrazkowej. Dominuje atmosfera dość poważna, z żartami tym razem ograniczonymi do minimum. Bohaterowie wydają się bardziej dorośli niż w poprzednich odcinkach. Mam też uczucie, że Kajtek powoli staje się postacią, która bardziej przypomina późniejszego Kajka. Jest wyraźnie inteligentną częścią duetu, głosem rozsądku i jako jedyny z bohaterów jest w stanie w miarę zrozumieć rozgrywające się wydarzenia. Z kolei Koko tym razem wydaje się raczej zbędnym kołem u wozu. Podkreślona jest jednak wyraźnie przyjaźń na śmierć i życie jaka łączy obu. Natomiast pod względem wizualnym komiks wciąż utrzymany jest w stylistyce wypracowanej przez Christę w poprzednich albumach. Można nawet powiedzieć, że chociaż scenariusz pod wieloma względami wydoroślał, to rysunek głównych postaci jest wciąż bardzo dziecinny. Dalej mają duże głowy typowe dla historyjek dla dzieci i wciąż sprawiają wrażenie niezgrabnych. Mimo że pozostałe postacie są już rysowane w sposób realistyczny. Christa tym razem nie miał do narysowania żadnych ambitniejszych obrazków. Natomiast sam statek jest narysowany z dużą fachowością.

Grafika:

**

Fabuła:

***

OCENA:

5/10

#6 "Londyński kryminał" Janusz Christa (1967-68)

Komiks opowiada o tym, jak Kajtek i Koko, podczas pobytu ich statku w Londynie, zostają przypadkiem wplątani w kradzież brylantowego naszyjnika, będącego własnością lorda Chewroleta. Podejrzanymi są dwaj bandyci, Express i Romeo. Bohaterowie trafiają do profesora Browna, który jak twierdzi, jest wynalazcą eliksiru siły i z tego powodu wspomniani przestępcy nastają na jego życie. Koko zakochuje się w jego córce, Emmie. Wszystko to okazuje się jednak z czasem kłamstwem. Profesor nie jest profesorem, i żadnego eliksiru nie ma. Emma jest narzeczoną Romea i siostrą Expressa. Ukradzione brylanty okazują się fałszywe. A na końcu wychodzi na jaw, że to sam Chewrolet sprzedał oryginał, a następnie zakopał imitację w ogródku i zgłosił kradzież na policję. Jeżeli „Zwariowana wyspa” była fabularnie krokiem do przodu w ewolucji serii, to ten komiks jest przynajmniej jednym krokiem do tyłu, a być może nawet dwoma. Stylistycznie przypomina on przygody bohaterów w „Na tropie Pitekantropa”. Znów wracają absurdalne sytuacje i nadzwyczajne zbiegi okoliczności. Londyn jest najwyraźniej bardzo mały, bo nie da się w nim nie wpaść na tych, kogo się akurat szuka. Przestępcy przechadzając się po parku rozgłaszają głośno co właśnie ukradli, z wszystkimi detalami potrzebnymi do identyfikacji przestępstwa, a obok Koko musi akurat leżeć gazeta opisująca właśnie tę kradzież. Postacie są niezniszczalne na sposób typowy dla bohaterów bajek dla dzieci i kilkakrotnie przeżywają wysadzenie w powietrze. Dodatkowo w jednej chwili są pokiereszowani wybuchem (z plastrami i bandażami), a w następnej są już całkowicie zdrowi. Wszystko to powoduje, że trudno całą tę intrygę traktować poważnie. Akcja jest tyleż szalona co chaotyczna. Znów pędzimy na złamanie karku przez kolejne wydarzenia, a autor nie dba czy wydarzenia te mają jakiś logiczny sens. I mamy stale wrażenie, że kręcimy się w kółko. Chwalebne jest, że jedną z centralnym postaci jest tu kobieta, do tego atrakcyjna, ale cała jej psychologia sprowadza się do tego, że stale kłamie. Przy czym przynajmniej niektóre z tych jej kłamstw są łatwe do zdemaskowania (jak to, że twierdzi, że jej ojciec brał udział w wojnie burskiej, która miała miejsce w XIX wieku). Wszystko to ma jedynie za cel wytworzyć atmosferę pełną nagłych zwrotów akcji i kolejnych mistyfikacji. Ale ta zabawa jest czcza i bardzo szybko się nudzi. Wizja Wielkiej Brytanii, którą kreśli Christa, jest typowym zbiorem stereotypów wymierzonych w Anglików. Że są flegmatyczni, i że gdy jest piąta są zajęci piciem herbatki. Finałowe rozwiązanie jest dość przewidywalne, chociaż po drodze autor wprowadził tak wiele zamieszania, że nie jest w stanie sam tego wszystkiego logicznie odkręcić. Komiks byłby lepszy, gdyby więcej było w nim umiaru, fabuła klarowniejsza, a zachowanie postaci bardziej konsekwentne. Niestety wszystkie te elementy raz po raz są przez Christę poświęcane na rzecz jakiegoś wątpliwego żartu, do tego całkowicie niewiarygodnego. Jak w scenie w której Koko ubiera sukienkę i udaje pokojówkę i nikt go nie rozpoznaje. A wcześniej nikt nie umie rozpoznać Kajtka, bo obwiązał sobie głowę prześcieradłem. Wizualnie komiks też nie prezentuje się dobrze. Wiele rysunków przedstawia małe i dość uproszczone postacie, które sprawiają wrażenie wykonanych w pośpiechu. Sceny walk, dość liczne, są słabiutkie. Widać, że Christa próbuje zmienić sposób rysowania Kajtka i nadać mu rysy bardziej dorosłe. Mniej przypominające postać kreskówki dla dzieci. Nie mogę jednak powiedzieć, by ten jego nowy wygląd przypadł mi do gustu. Z kolei Koko dalej rysowany jest grubą kreską. Podobać może się Emma, jako rzadki w serii przypadek postaci kobiecej, do tego dość intensywnej. Natomiast Express i Romeo wyglądają nieciekawie.

  • 1967 - Wieczór Wybrzeża, "Zwariowana wyspa", czarno-biały,

                     312 pasków

  • 1967-68 - Wieczór Wybrzeża, "Londyński kryminał", czarno-biały,

                            312 pasków

  • 1990 - Zespół, "Zwariowana wyspa" (2 tomy), czarno-biały,

                      "Londyński kryminał" (2 tomy), kolorowy, 29x20cm, 36+36 stron,

                      miękka okładka​

  • 2005 - Egmont, "Kajtek i Koko w Londynie" (Zwariowana wyspa,

                      Londyński kryminał), czarno-biały, 17x26cm, 192 strony, ​

                      twarda okładka

Grafika:

**

Fabuła:

*

OCENA:

3/10

"KAJTEK I KOKO W KOSMOSIE" Janusz Christa (1968-72)

Komiks autorstwa Janusza Christy, wydany w gazecie “Wieczór Wybrzeża” w latach 1968-72. Jest to ponoć najdłuższy polski komiks kiedykolwiek opublikowany, składający się łącznie z 1270 pasków. Kajtek i Koko pojawili się po raz pierwszy w 1958 i są bezpośrednimi protoplastami, którzy w 1972 zmienili się w powszechnie znanego Kajka i Kokosza. Pierwotnie czarno-biały, komiks został ostatnio pokolorowany przez wydawnictwo Egmont i wydany, z powodu swojej długości, w 6 oddzielnych albumach.

#1 "Zabłąkana rakieta" Janusz Christa (1968)

Są to w istocie dwa odcinki, pierwszy pod właśnie takim tytułem, jaki widzimy na okładce. Drugi ma tytuł “Dziewiczy świat”, a każdy jest mniej więcej wielkości klasycznego albumu “Kajka i Kokosza”. W odcinku tytułowym poznajemy profesora Kosmosika, który planuje wysłanie rakiety do gwiazdozbioru Oriona z tajemniczą misją pod kryptonimem “Orion”. Poznajemy też jego niesfornego wnuka, Bazylego, małego wynalazcę. Do roli ochotników wytypowani zostają dwaj przyjaciele, Kajtek i Koko, chociaż ten drugi nie ma zamiaru lecieć i potrzeba wielu podchodów, by go do tego przekonać. Rakieta, którą się poruszają jest w pełni zautomatyzowana i kosmonauci znajdują się w dużej mierze na łasce i niełasce automatów. Koko i lecący na gapę Bazyli buntują się i zostają wydaleni ze statku. Ich życie w ostatniej chwili ratuje profesor Kosmosik, który przy okazji odstawia Bazylego do domu. Następnie przyjaciele odnajdują tajemniczy pojazd kosmiczny, który okazuje się pusty, ale infekuje ich statek dziwną pęczniejącą galeretą, która o mało ich nie zabija. W ostatniej scenie bohaterowie lądują na planecie, z której docierają do nich tajemnicze sygnały radiowe, z zadaniem zbadania ich źródła. W drugim odcinku bohaterowie odnajdują na nieznanej planecie źródło sygnału radiowego, ale poza tym planeta wydaje się pozbawiona życia. Znajdują tajemniczą kulę, która pozbawia ich woli i dostają się na statek kosmiczny, pilotowany przez parę robotów. Lecą z nimi na inną planetę, gdzie pozbywają się opiekunów i odkrywają prymitywnych ludzi, którzy najwyraźniej znajdują się w opozycji do automatów. Ratują życie jednemu z miejscowych, przy okazji stawiając czoła robotom. Zaprzyjaźniają się też z pewnym bezpańskim robotem, a na koniec wyruszają, by uwolnić ludzi spod ich tyranii. Kajtek i Koko wyraźnie przypominają Kajka i Kokosza. Łączy ich przyjaźń za dobre i złe i są scharakteryzowani na zasadzie przeciwieństw. Tam gdzie Kajtek jest odważny i rozsądny, tam Koko tchórzliwy i porywczy. Cała opowieść przypomina książki SF Stanisława Lema, ale z bohaterami którymi są duże dzieci. Nie posiadają oni żadnej fachowej wiedzy i w zasadzie nie bardzo wiadomo po co w ogóle zostali wysłani w kosmos. Zwłaszcza Koko raz po raz zadziwia robiąc coś głupiego. Stale włazi gdzie nie powinien i dotyka czegoś czego nie powinien. Jest jednocześnie tchórzem i chwalipiętą, co z czasem robi się coraz bardziej irytujące. Kokosz też nie błyszczał inteligencją, ale przynajmniej odznaczał się wielką siłą. Koko jest raczej niezgrabnym gamoniem, który wiecznie pakuje obu w kłopoty. Głównym problemem tego komiksu w stosunku do późniejszych arcydzieł Christy jest fakt, że niewiele jest w nim humoru. Jest to satyra na automatyzację, w których zagrożeniem są zawsze rozmaite roboty i automaty, ale jest to satyra pozbawiona ostrza. Brak tu płaszczyzny społecznej czy politycznej, a także wyraźnych odniesień do współczesności. Czyli tego, co skutecznie uprawiał Christa rysując Kajka i Kokosza. Tutaj ten kostium science-fiction wyraźnie nie działa. Bohaterowie istnieją niejako w próżni. Nie wiemy skąd pochodzą, ani po co lecą w kosmos. Bardzo długo nic się nie dzieje, a nie ma nic nudniejszego, niż eksploracja planety, gdzie nie ma nic. Nie ma tu także żadnej dręczącej zagadki, która mogłaby podtrzymać nasze zainteresowanie. Dość powiedzieć, że po dwóch albumach wciąż nie jesteśmy pewni, o co chodzi w misji którą bohaterowie mają wypełnić. Paradoks związany z tym komiksem polega też na tym, że Koko nie chce lecieć w kosmos i w zasadzie okazuje się, że ma rację. Bo kosmos jest niebezpieczny, pusty i nieprzyjazny, a żarcie fatalne. Musisz słuchać bezdusznych automatów, a jak się zbuntujesz to cię wyrzucą w przestrzeń kosmiczną. Człowiek w tym świecie jest zredukowany do roli dodatku. Nikt go nie pyta o zdanie. Roboty działają i podejmują decyzje same. W zasadzie można się zastanawiać, czy w ogóle potrzebni są ci kosmonauci na pokładzie, skoro wszystko działa automatycznie. Człowiek jest zbędny, a przez swoje niechlujstwo jedynie wywołać może rozmaite katastrofy. Obce formy życia, które bohaterowie spotykają na innej planecie, też chcą ich głównie zabić. Zwierzęta na Ziemi niegroźne są tu przerażającymi bestiami. Gdziekolwiek postawisz nogę ryzykujesz. A wrócić do domu się nie da. W pewnym momencie obaj bohaterowie gapią się smutno w ekran, marząc o powrocie na Ziemię. Zamiast więc cudownej przygody w kosmosie, którą oczekiwać mógł zapewne młody czytelnik w latach 60-tych, otrzymujemy przygnębiający obraz ochotników, którzy wcale ochotnikami być nie chcieli. Mamy też pytania o sensowność tego, by w ogóle gdziekolwiek lecieć. Kolejnym, być może nawet decydującym problemem związanym z tym komiksem, tym, który spowodował, że ostatecznie nie odniósł on sukcesu porównywalnego do późniejszego Kajka i Kokosza, jest to, że nie bardzo wiadomo do kogo jest on właściwie adresowany. Nie jest to lektura dla dorosłych, bo postacie zachowują się jak dzieci. Nie jest to poważna SF, bo brak całej warstwy naukowej, obecnej np. we wspomnianych powieściach Stanisława Lema. Z kolei jeśli to lektura dla dzieci to za mało w niej ducha przygody i entuzjazmu. Mam wrażenie, że jest to takie SF stworzone przez kogoś, kto zasadniczo nie lubił ruszać się z domu, a w nowoczesności widział wyłącznie zagrożenia. Natomiast rysunki są bardzo dobre. Kreska Christy jest tu już dojrzała i niewiele odbiega od tego, co widzimy później w Kajku i Kokoszu. Jeżeli czegoś tu brakuje to elementów walki, które Christa wyraźnie podpatrzył później u Asteriksa. Nie ma tu więc tych różnych gwiazdek i lotów postaci w powietrzu. Problem w tym, że był to ten element Kajka i Kokosza, który był najbardziej efektowny. Bez niego rysunki są zbyt statyczne, a w scenach bardziej dynamicznych brakuje klarowności. Często nie bardzo wiadomo co się dzieje. W rezultacie zamiast widzieć co się stało jesteśmy o tym informowani. Kolorowanie, wykonane przez Arkadiusza Salamońskiego, we współpracy z samym Januszem Christą, jest solidne. Nie widać tu jakichś rzucających się w oczy błędów. Ale mam wrażenie że te kolory mogłyby być bardziej waraźne. Jest to nawiasem mówiąc rónież bolączka Kajka i Kokosza, zwłaszcza jeżeli porównamy go z tym, jak wyglądają kolory w Asteriksie. W porównaniu do nich te tutaj wyglądają raczej mdło. Co z pewnością nie pomaga w odbiorze tego komiksu.

  • 1974 - Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne, fragment, 64 strony,                                 miękka okładka, układ poziomy, czarno-biały

  • 1991-92 - Adarex, 3 tomy, miękka okładka, układ pionowy, pokolorowany

  • 2001 - Egmont, 18x27cm, 565 strony, twarda okładka, układ pionowy,                         czarno-biały

  • 2018 - Egmont, "Zabłąkana rakieta", 21x28cm, 96 stron, miękka okładka,                układ pionowy, pokolowany

Grafika:

**

Fabuła:

**

Wydanie:

**

OCENA:

6/15

#2 "Twierdza tyrana" Janusz Christa

Dzieli się dodatkowo na dwie części, z których pierwsza nosi ten sam tytuł. Kajtek i Koko docierają na planetę, którą rządzi tyran o imieniu Zarzur, mający do dyspozycji armię robotów. Przy pomocy wiernego im robota, Meprona, doprowadzają do zniszczenia jego twierdzy i uciekają wspólnie z grupą porwanych przez niego Orionidów. Ich statki zostają strącone i muszą przedzierać się przez teren, zamieszkany przez plemię Bazinów, którzy próbują złożyć ich w ofierze wielkiemu jaszczurowi. Kajtek spada z urwiska i najprawdopodobniej ginie. W odcinku „Kosmiczni piraci” Koko trafia na statek kosmiczny, który ich wcześniej przez pomyłkę strącił, też należący do Orionida. Kajtek zostaje przywrócony do życia. Ale statek zdobywają kosmiczni piraci i tak bohaterowie trafiają na ich asteroidę. Piraci okazują się kobietami, które używają mężczyzn w charakterze niewolników. Po wywołaniu buntu bohaterowie opuszczają to miejsce i dostają się na planetę, na której „przyroda oszalała”. Koko zostaje przemieniony w Dziobonosa, ale Kajtek doprowadza do jego odczarowania. W albumie tym widzimy, jak scenariusz staje się stopniowo coraz ciekawszy. Początek opowieści przypomina jeszcze tom pierwszy i skupia się na ukazaniu negatywnych i dehumanizujących skutków automatyzacji. Głównym zagrożeniem dla bohaterów są roboty, a czarnym charakterem ktoś nimi sterujący. Postać tyrana jest słabiutka, a fabuła dość schematyczna. Z kolei w opowieści o Bazinach dostrzec można wyraźną inspirację legendą o King Kongu. Z tym, że Bazinowie i ich jaszczur nie są specjalnie groźni i dominuje atmosfera łagodnej ironii. W historii o kosmicznych piratach otrzymujemy bardziej pomysłową metaforę. Widzimy świat przyszłości, który w znacznej mierze został postawiony na głowie. W którym kobiety stanowią płeć dominującą, podczas gdy mężczyźni zostali sprowadzeni do poziomu pozbawionych własnego zdania pomocy kuchennych. Dostrzec w tej historii można zalążki późniejszej „Seksmisji”. Mamy nawet sąd kobiet nad mężczyznami, przypominający ten, który oglądamy na filmie. Brakuje tylko stwierdzenia, że „Kopernik była kobietą”. W opowieści o Dziobonosach Christa niejako kontynuuje pomysł, z odwróceniem ról, ponownie tworząc świat, w którym małe stworzenia stają się duże, a te duże malutkie. Sceny z zaczarowaniem Koka przypominają nieco to, co później będzie rysował artysta w tomie „Cudowny lek” z serii „Kajko i Kokosz”. Dialogi stają się tu bardziej złośliwe, a humor dojrzalszy. Zauważalnie zmieniają się także główni bohaterowie. Koko wyrasta na niemal centralną postać. Utrzymuje na swych barkach całą stronę żartobliwą komiksu. Wykazuje się siłą i skłonnością do szybkiego, nawet jeżeli nie zawsze przemyślanego działania. Na jego tle Kajtek jest głosem rozsądku, posiada wiedzę techniczną, potrafi się dogadać z innymi, ale bywa zbyt ostrożny w swym postępowaniu. Obaj wciąż zachowują się chwilami jak dzieci. Np. Koko żartuje, że nie zna tabliczki mnożenia. Natomiast wydarzenia, które ich spotykają nie do końca już przypominają przygody adresowane dla dzieci. W opowieści o piratach (a w zasadzie piratkach) mamy już do czynienia z metaforą skierowaną dla dorosłych. Chociaż nie pojawia się tu żaden element jawnie seksualny, to mamy wrażenie, że znajdujemy się już tylko jeden krok od niego. Za to wiele mówi się tu o małżeństwie, a Koko stale próbuje znaleźć sobie żonę. Rysunkowo też jest to komiks w fazie pośredniej. Dużo lepiej rysowany jest Koko. Wiele obrazków z nim przedstawia go w powiększeniu. Lepiej też prezentuje się w sytuacjach dynamicznych. Gdy kogoś bije, albo sam jest bity mamy już do czynienia z efektownymi rysunkami, przypominającymi te które później widzimy w „Kajku i Kokoszu”. Z drugiej strony wyraźnie nie wychodzą Chriście zwierzęta i różne potwory. Np. ten jaszczur, który ma ich pożreć jest raczej komiczny. Nieudany jest też niedźwiedź który zrzuca Kajtka w przepaść.

Grafika:

***

Fabuła:

**

Wydanie:

**

OCENA:

7/15

#3 "Przyjaciel Jol" Janusz Christa

W jej pierwszej części Kajtek i Koko, w towarzystwie fruwającego stworka o imieniu Jol odnajdują statek kosmiczny, w którym jakieś istoty podobne do owadów wykorzystują inne do niewolniczej pracy, ale ich pojazd zostaje stratowany przez korozjale. Zostają złapani przez potomków władców planety, którzy rzucają ich na pożarcie olbrzymiemu pajątkowi, karakali, ale z opresji ratuje ich trzęsienie ziemi. Uczą też ptakoludków bronić się przed drapieżnikami. W części nazwanej „Fatalny rozkaz” zostają pochwyceni przez baraimów, lud obłąkany wojną z innym plemieniem, mezoimów. Wywiezieni na ich planetę doprowadzają do eskalacji wojny i w rezultacie jej zakończenia. Schwytani przez znajomych orionidów lecą na ich planetę, ale po drodze Koko przypadkiem psuje ich statek kosmiczny. Jego naprawienie okazuje się niewykonalne, bo wszystko jest zbyt zautomatyzowane. Mimo to udaje im się w końcu wylądować na Orionie. Jest to zdecydowanie najlepszy album z dotychczasowych, w którym scenariusz osiąga swoją pełną dojrzałość. Od początku do końca komiks utrzymuje świetne tempo, a pomysł goni pomysł. Christa przechodzi od jednej interesującej metafory do drugiej i jesteśmy bez ustanku zaskakiwani niespodziewanymi fabularnymi twistami. Poznajemy wiele dziwnych stworzeń, przy czym autor kontynuuje znany jeszcze z pierwszego tomu pesymizm w spojrzeniu na świat. Prawie wszystko, co bohaterowie spotykają na swojej drodze grozi im śmiercią. Jedne stworzenia zapędzają inne do pracy, a jeszcze inne rzucają bohaterowów na pożarcie, najwyraźniej czerpiąc przyjemność w okrutnej rozrywce przypominającej czasy imperium rzymskiego. Jednym słowem trwa tu bezwzględna walka o przetrwanie, w której żadko tylko dostrzegamy bezinteresowność czy współczucie. Interesująca jest wizja tajemniczej, wymarłej rasy, przywodząca na myśl klasyczną „Zakazaną planetę” z 1956. Natomiast to, co może nieco razić to fakt, że z kolejnych tarapatów bohaterów nie ratuje ich pomysłowość, ale chwilami mało prawdopodobny przypadek. Np. gdy autorowi kończą się pomysły następuje trzęsienie ziemi (ten sam pomysł użył potem w „Gucku i Rochu”). W drugiej części Christa buduje jeszcze bardziej złożone metafory. Najpierw pogrążonej w wojnie planety, podzielonej na dwie zwalczające się frakcje: czarnego trójkąta i okręgu (ci pierwsi przywodzą na myśl Rycerzy spod znaku czarnego trojkąta ze „Złotego Pucharu”). Jest to pełna przekory kpina z militaryzmu, w której bohaterowie tak ochoczo reagują na oficjalną propagandę, że przekraczają ramy dopuszczalnej rywalizacji, doprowadzając do rozsadzenia całego systemu. Z kolei w kończących album perypetiach na statku orionidów otrzymujemy świetną satyrę na nowoczesność. Coś, co już widzieliśmy począwszy od pierwszego tomu w serii, ale nie w tak wyrafinowanej jak tutaj formie. Komiks ukazuje cywilizację całkowicie zależną od automatów, której mieszkańcy nie są w stanie niczego sami naprawić i w rezultacie znajdują się całkowicie na łasce i niełasce komputerów. Wystarczy odłączyć ich od maszyny i nie posiadają żadnej wiedzy. Podobnie jak w poprzednim albumie centralną postacią jest Koko, który wyraźnie nabiera coraz większej siły fizycznej i coraz częściej skutecznie rozwiązuje problemy przy jej użyciu. W ten sposób niepostrzeżenie przemienia się w Kokosza. Wizualnie jest to również album, w którym kreska Janusza Christy osiąga swą pełną dojrzałość. Widoczne jest to przede wszystkim w bardziej niż wcześniej dynamicznych przedstawieniach bohaterów, szczególnie Koka. Postacie widzimy w różnych pozach, a ich twarze wyrażają coraz większy repertuar najrozmaitszych emocji. Gdzieś znika niezgrabność obu głównych bohaterów, którą widzieliśmy we wcześniejszych albumach „Kajtka i Koka”. Wymyślone stworzenia narysowane są solidnie, chociaż rysunki rozmaitych potworów (jak ten gigantyczny pająk) nigdy nie będą należeć do czegoś, w czym Christa prezentowałby się dobrze. Jest tu też jedna wyraźna usterka wizualna, jaką jest scena z Kokiem, który pomniejszony powoli odzyskuje swą normalną wielkość. Autor wyraźnie nie podołał zadaniu przedstawienia go stopniowo wracającego do swego oryginalnego rozmiaru. Co jednak nie psuje ogólnie bardzo pozytywnego wrażenia jakie wynosimy z tego albumu.

  • 2018 - Egmont, "Twierdza tyrana", 21x28cm, 96 stron, miękka okładka,

                      układ pionowy, pokolorowany​

  • 2018 - Egmont, "Przyjaciel Jol", 21x28cm, 96 stron, miękka okładka,                         układ pionowy, pokolowany

Grafika:

***

Fabuła:

***

Wydanie:

**

OCENA:

8/15

#4 "Planeta automatów" Janusz Christa

Składa się z dwóch części zatytułowanych: „Planeta automatów” oraz „Miecze i topory”. W pierwszej bohaterowie lądują na planecie orionidów, gdzie jednak nie podoba im się oparta na technologii cywilizacja, zbudowana pod Ziemią i jako element wywrotowy zostają z niej usunięci przez główny komputer. W czasie lotu powrotnego Koko ma sen, w którym zostaje wciągnięty w odwieczną walkę pomiędzy ludźmi żyjącymi w wodzie (zwanymi podwodnikami) i ludźmi o głowach ryb, którzy żyją na powierzchni (zwanymi nadwodnikami). W drugiej części bohaterowie odzyskują swój statek kosmiczny i planują wrócić domu. Ale komputer pokładowy zamiast na Ziemi ląduje na planecie przypominającą Ziemię, ale w dawnych czasach, gdzie toczy się walka między Łąkalami i wojowniczo nastawionymi Burblami. Koko zostaje zaczarowany i staje się przywódcą Burbli, podczas gdy Kajtek wyrusza na wyprawę, by znaleźć sposób na jego odczarowanie. „Kajtek i Koko w kosmosie” był przez Christę pisany tak długo, że przechodził przez wyraźne fazy. W związku z tym, że czytelnicy nie pozwalali autorowi na zakończenie go, artysta wkomponowywał w niego kolejne opowieści. Niektóre utrzymane w innej stylistyce i tylko prowizorycznie przebrane w kostium science-fiction. „Planeta automatów” to album pośredni, w którym po raz pierwszy pojawiają się motywy prehistoryczne, które znamy później z „Kajka i Kokosza”, a które podobnie jak elementy science-fiction dawały autorowi duże możliwości satyrycznego ukazania rzeczywistości. Otwierający tom epizod przedstawiający pobyt bohaterów na planecie orionidów utrzymany jest jeszcze w stylistyce fantastyczno-naukowej i jest najbardziej udany w całym albumie. Stanowi krytykę świata przyszłości, w którym pomimo olśniewających osiągnięć technicznych bohaterowie duszą się i tęsknią za powrotem do natury. Po raz kolejny pojawiają się tu wyraźne podobieństwa do późniejszej o wiele lat „Seksmisji” Juliusza Machulskiego. Mamy państwo przyszłości, istniejące całkowicie pod ziemią, bo powierzchnia planety nie nadaje się do zamieszkania. Dwójka bohaterów próbuje się z niego wydostać. Istnieje też jedno jedyne drzewo, które zachowało się z zagłady, czczone przez mieszkańców. Pierwszą próbą podjętą w tej serii przez Christę odejścia od stylistyki science-fiction jest opowieść o podwodnikach i nadwodnikach. By wytłumaczyć ów przeskok autor skorzystał z pomysłu o śnie, który śni się jednemu z bohaterów. Sama historia ma wyraźnie pacyfistyczne i antyrasitowskie przesłanie. Ukazuje dwie zwalczające się rasy, które stale zamieniają się miejscami i nie potrafią zrozumieć, że jedynym sposobem położenia kresu przemocy jest wyzbycie się jej, gdy posiadają chwilową przewagę. Można w tym widzieć odniesienia do świata pogrążonego w Zimnej Wojnie końca lat 60-tych. W „Mieczach i toporach” Christa prawie całkowicie rezygnuje z kostiumu fantastycznego. Jest to opowieść wizualnie bardzo w stylu „Kajka i Kokosza”. Są tu rysunki bliźniaczo podobne do tych, które widzimy w albumach o dzielnych wojach. Np. gdy Koko wylatuje w górę uderzony w czasie pojedynku jest to dokładnie ta sama sytuacja, którą mamy później w „Szrankach i konkurach”. W „Szrankach i konkurach” pojawiają się też te same elementy krytyki społecznej w ukazaniu wojujących ze sobą bez końca społeczności. Natomiast fabularnie opowieść pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Fragmenty świetnej satyry sąsiadują z mało wyszukanymi i nie do końca logicznymi pomysłami na budowanie akcji. Zasady rządzące opisanym światem też nie są do końca jasne. Raz rządzą nim czary, a raz bohaterom pomaga nowoczesna technika, trochę podobnie do tego co widzieliśmy w „Kajtek i Koko w krainie baśni”. Rysunki prezentują się dobrze, niezależnie od tego czy patrzymy na obrazki osadzone w tradycji science-fiction, czy w czasach prehistorycznych. Jeżeli można się tu do czegoś przyczepić, to do tego, że Chriście poza dwójką głównych bohaterów nie udało się stworzyć żadnych wyróżniających się postaci. Tak wioska Łąkalów, jak i Burble wydają się gromadą pozbawioną wyraźnego przywództwa. Brakuje tu postaci pokroju Mirmiła, Wojmiła czy nawet kogoś w rodzaju przywódcy bandy Rarogów z „Festiwalu czarownic”. O malowniczych Hegemonie i Kapralu nie wspominając.

Grafika:

***

Fabuła:

**

Wydanie:

**

OCENA:

7/15

#5 "Obce świadomości" Janusz Christa

Składa się z dwóch części: pierwszej o tym samym tytule, i drugiej pod tytułem „Upadek namiestnika”. W pierwszej Kajtek uwalnia Koko spod czarów, dając nauczkę wojowniczym Burblom. Bohaterowie odnajdują miasteczko nawiedzane przez duchy, a duchami okazują się czworonożne roboty, które pragną skolonializować Ziemię. Ich przywódca dokonuje chwilowej zamiany ciał z Kajtkiem. W części drugiej obaj wyrywają się z opresji i trafiają do państwa rządzonego przez złego namiestnika Apodyktusa. Próbuje on wyciągnąć od nich formułę napoju odwagi, ale sprytnie doprowadzają do jego upadku. Następnie udają się na dwór samego Apodyktusa, by odzyskać swe dające im nadnaturalną siłę skafandry. Historia rozprawienia się z bandą Burbli zawiera wiele pomysłów, które wykorzystał później Christa w albumie „Dzień Śmiechały”, a sama banda przypomina późniejszych Zbójcerzy. Po raz pierwszy też chyba w całej serii Kajtek nabiera sprytu i szlachetności, z których potem znany będzie Kajko. W opowieści o mieście nawiedzanym przez niewidzialnych kosmitów autor skręca z kolei ponownie w stronę science-fiction. Jednak zdecydowanie najciekawszą częścią całego albumu jest początek rozprawy z Apodyktusem. Jest to już w zasadzie „Kajko i Kokosz”, z jednym zastrzeżeniem. Że bohaterowie używają jeszcze kilku fantastycznych wspomagaczy, w postaci skafandrów siły i robota, bijącego przeciwników za nich. Poza tym odnajdujemy tu całe mnóstwo wizualnych i fabularnych pomysłów, które znamy z późniejszych albumów. Koko kopnięty przez konia wylatuje w powietrze, jak postacie po zetknięciu się z koniem Wita w „Szrankach i Konkurach”. Wojska namietnika przypominają rycerzy Czarnego Trójkąta. Koko wyważa drzwi, razem ze znajdującymi się za nimi strażnikami. Postacie uderzone fruwają do góry, a czasem wykonują lot w poziomie. Mamy kata, który pragnie torturować naszych bohaterów, ale potrafi się też gwałtownie rozkleić. Pada tu nawet sformułowanie „posiekać na plasterki” i to dwukrotnie, które będzie wizytówką Zbójcerzy. Kajtek i Koko zmuszeni są sporządzić magiczny wywar, dzięki któremu usypiają żołnierzy namiestnika, dokładnie jak to miało miejsce później w „Złotym Pucharze”. Nawiasem mówiąc ten wątek wzięty został z pierwszego albumu Asteriksa. Jest tu również wiele innych elementów wyraźnie podpatrzonych od Goscinniego i Uderzo. Bohaterowie posiłkują się magicznym napojem, który zapewnia im odwagę i w praktyce zwycięstwa w walce, i jego recepturę pragnie zdobyć namiestnik. W jednej scenie widzimy ich, jak gniewają się na siebie, ale gniew szybko im przechodzi i spontanicznie rzucają się sobie w objęcia. W innej Koko skacze do basenu, wylewając z niego całą wodę. Dokładnie takie właśnie sceny widzimy w albumie „Tarcza Arwenów” z 1968. Trudno powiedzieć kiedy Christa rysował te odcinki „Kajtka i Koka w kosmosie”, ale z pewnością było to już po 1968. Widać tu również, że w momencie gdy pojawia się coraz więcej tych nawiązań do francuskiego pierwowzoru stylistyka całego komiksu wyraźnie ewoluuje. Wydarzenia stają się dynamiczniejsze. Mamy więcej bójek i jednocześnie więcej związanego z nimi humoru. Dzięki temu znika statyczność i nadmiar dialogów, które dominowały w pierwszych odcinkach tego komiksu. Trzeba też koniecznie wspomnieć o doskonale wykonanym kolorowaniu, autorstwa Arkadiusza Salamońskiego. Jest ono dużo lepsze od tego, które wykonano przy okazji zwłaszcza „Szranków i konkurów”. Kolory są żywe i charakteryzują się bogatą paletą barw. A jest to coś, co zawsze wyraźnie stawiało „Kajka i Kokosza” poniżej poziomu „Asteriksa”. Który został po latach profesjonalnie pokolorowany, by mógł wyglądać tak, jak wygląda w tej chwili. Tu te kolory wyglądają podobnie. Mam nadzieję, że Egmont kiedyś wyłoży pieniądze na przekolorowanie wszystkich albumów „Kajka i Kokosza”, by wyglądały tak profesjonalnie i konsekwentnie jak ten. Może przy okazji długo oczekiwanego wydania zbiorczego?

  • 2019 - Egmont, "Planeta automatów", 21x28cm, 96 stron, miękka okładka,

                      układ pionowy, pokolorowany​

  • 2020 - Egmont, "Obce świadomości", 21x28cm, 96 stron, miękka okładka,                    układ pionowy, pokolowany

Grafika:

***

Fabuła:

***

Wydanie:

**

OCENA:

8/15

#6 "Dwór Apodyktusa" Janusz Christa

Kajtek i Koko docierają do rządzącego krainą tyrana, tytułowego Apodyktusa, i dają się namówić przez jego dwór, by go porwać i wywieść na bezludną wyspę. Plan udaje się, ale w trakcie wychodzi na jaw, że Apodyktus wcale nie jest tyranem, a padł jedynie ofiarą podstępnej intrygi ze strony kuzynów swojej żony. Bohaterowie, wraz z obalonym królem i królową lądują na wyspie zamieszkałej przez niezbyt wydarzonych piratów, którzy wcześniej byli rybakami, ale złe rządy kuzynów zmusiły ich do wejścia na drogę przestępstwa. Kajtek i Koko przekonują ich, by wrócili do zamku i przywrócili na tron dawnego króla. Jest to dobrze pomyślana historia, która mogłaby z powodzeniem znaleźć się w odrębnym od serii albumie. Panuje w niej atmosfera daleko posuniętego surrealizmu. Wydarzenia, które rozgrywają się w małym stopniu przypominają rzeczywistość. Te rozgrywające się w zamku Apodyktusa wydają się absurdalne. Wszędzie panuje wszechobecny spisek, a postacie zachowują się nieracjonalnie, w oczywisty sposób odgrywając swoje role. Ich aktorstwo jest przesadzone i z góry wiemy, że bohaterowie wciągani są w jakieś oszustwo. Zamek pełen jest wartowników, którzy śpią i piastunów, którzy nie potrafią nawet podnieść swego miecza. Humor nie jest najwyższych lotów i sprowadza się głównie do kolejnych aktów tchórzostwa Koka. Gdy lądujemy na wyspie piratów absurd jest kontynuowany, aczkolwiek przybiera nieco inną formę. Piraci nie wydają się realnymi postaciami, ale stanowią pewnego rodzaju karykaturę. Chociaż stale gadają o obcinaniu ludziom głowy nie są w istocie groźni. Są raczej bandą nieszkodliwych pomyleńców, bawiących się w piratów. Widać tu zalążki podobnych karykatur, które będziemy widzieć później w „Szrankach i konkurach”, aczkolwiek Christa wyraźnie nie jest jeszcze pewny w jakim kierunku ma te karykatury rozwijać, w rezultacie dużo eksperymentuje. Najśmieszniejszy jest finał, gdy zjawiają się żony i robią porządek ze swymi mężami-nieudacznikami. Podobną sytuację będziemy oglądać we wspomnianych „Szrankach i konkurach”. Gdy bohaterowie wracają do zamku wszystkie niekonsekwencje, które widzieliśmy po drodze, szczęśliwie układają się w sensowną opowieść, ukazującą potęgę kłamstwa i manipulacji. A absurd wydarzeń ustępuje stopniowo miejsca morałowi. Na ostatnich stronach obserwujemy już wprowadzenie do kolejnej historii, tym razem dotyczącej tajemniczej bogini moczarów. I obraz świata ponownie się tu zmienia. Jest to dość typowa dla wczesnego Christy opowieść o czarach i halucynacjach, których ofiarą padają bohaterowie. Przypomina ona w dużej mierze to, co widzieliśmy w albumie „Zwariowana wyspa”. I jest to konwencja, którą autor ma już przećwiczoną i w której czuje się dobrze. Poniekąd obie te, dość różne opowieści, mówią o tym samym. To znaczy o manipulacji. Z tym że w pierwszej widzimy manipulacje władzy, prowadzone przy pomocy dworskich intryg. W drugiej zaś manipulację umysłów, związane z czarami i religią. Obserwujemy np. prawo, które zabrania młodym kochania się. Kreska Christy jest tu już w pełni dojrzała. Coraz lepiej wychodzi mu tworzenie galerii karykaturalnych postaci, zwłaszcza piratów. Chociaż Apodyktus narysowany jest jeszcze w konwencji nieco realistycznej, nie do końca pasującej do pozostałych. Nadnaczelnik wojska jest już dość udaną zapowiedzią wielu podobnych postaci, które będziemy widzieli w „Kajku i Kokoszu”: mocarza, na którego spadać będą rozmaite katastrofy. Herszt piratów też jest jakąś wczesną wersją wodza piratów z „Na wczasach”. Można jednak wyczuć, że rysunki wciąż są nieco statyczne. Christa unika ukazania bardziej dynamicznych sytuacji, w których nie czuje się jeszcze pewnie. Dlatego o wielu jesteśmy informowani, ale nie widzimy ich.

Grafika:

***

Fabuła:

***

Wydanie:

**

OCENA:

8/15

#7 "Bogini moczarów" Janusz Christa

Bohaterowie odkrywają w nim, że za czarami tytułowej bogini Mbaali kryją się w istocie sprytnie ukryte urządzenia elektroniczne, jak się okazuje stworzone przez Orionidów. Którzy wysyłają swych obywateli, przemęczonych cywilizacją, do skansenu, w którym panują czary i dawne obyczaje. Kajtek i Koko wracają do swej rakiety i ponownie biorą kurs na Ziemię, aczkolwiek po drodze muszą sobie poradzić z buntem wiernego im do tej pory robota, który próbuje przejąć kontrolę nad pojazdem kosmicznym. Szczęśliwie wracają na Ziemię, gdzie trafiają na pogranicze dwóch skłóconych miasteczek, Niedawody i Niedadrogi. A na koniec okazuje się, że wszystkie przygody, które przeżyli przez te 7 tomów były... jedynie snem. W albumie tym przeskakujemy pomiędzy szeregiem zupełnie innych historii. I jest to coś, co uznać można za jednocześnie słabość i zaletę całego tego komiksu. Fakt, że złożony jest on z wielu sklejonych ze sobą opowieści. W pierwszej, po raz kolejny przenosimy się płynnie z bliskiej „Kajkowi i Kokoszowi” prehistorii w świat science-fiction, w opowiastce, w której wyraża się z jednej strony sceptycyzm autora wobec rozmaitych nadprzyrodzonych rzeczy. Pogląd o tym, że religia jest wynikiem jakiejś manipulacji tłumu. Ale ten temat szybko przechodzi w coś zupełnie innego. A mianowicie w krytykę świata przyszłości, opartej na technologii, z której ludzie muszą uciekać, wracając do natury, czyli do tego co było kiedyś. Podobna tematyka kontynuowana jest w kolejnych scenach, w których w buncie sztucznej inteligencji, która zaczyna zagrażać ludziom, zamiast im służyć, łatwo dostrzec pomysł podpatrzony w „2001: Odysei kosmicznej”. Próby wyłączenia komputera wyraźnie przypominają film Kubricka, chociaż Christa pokazuje, że na pewnym etapie nie sposób nawet dociec co jest prawdą, a co kłamstwem. Komputery mogą z łatwością manipulować nami, w taki sam sposób, w jaki Mbaala manipulowała swym ludem i jesteśmy na ich łasce i niełasce. Końcowy fragment całej tej opowieści, pokazujący powrót bohaterów na Ziemie, może się podobać. Po pierwsze Christa pokazuje nam w symboliczny sposób, że te wszystkie konflikty i problemy, które widzieliśmy w kosmosie, są tak naprawdę obrazem konfliktów i problemów, jakich doświadczamy tu i teraz. Pokazuje cwaniaka, który napuszcza jednych ludzi na drugich. Ukazuje potęgę kłamstwa i łatwość, z jaką można wyzwalać najniższe ludzkie instynkty. Mamy też ładnie pokazaną nadzieję, nikłą co prawda, ale jednak, na lepszą przyszłość. Wiarę, że nowe pokolenie być może, w imię miłości położy kres nienawiści. Finałowy twist też umiejętnie zamyka w efektowną klamrę wszystkie te nie zawsze pasujące do siebie pomysły i konwencje. Przenosi też wszystko, co widzieliśmy wcześniej, w kręg pewnej metafory. W końcu jesteśmy świadomi, że nie ma żadnego Oriona i żadnych Orionidów. Christa przez cały czas portretuje ludzi, odwołując się na przemian, raz do przyszłości, a raz do przeszłości. I w obu widzi wiele zagrożeń. Pokazuje naturę ludzką łatwo zsuwającą się w stronę nonsensu, skłonną do kłótni i działań nieracjonalnych. Ludzi okłamywanych przez władzę i fałszywych proroków. Tyle że przyszłość może być tak samo zła, a może nawet jeszcze gorsza. Technika, którą stwarzamy i której powierzamy nasze życie, ma niewielką zdolność uszczęśliwienia nas. Raczej czeka, by wbić nam nóż w plecy. By nas uznać za wadliwych i przy pierwszej nadażającej się okazji wystrzelić w kosmos. „Kajtek i Koko w kosmosie” to dzieło pod wieloma względami przełomowe tak dla twórczości Janusza Christy, jak i dla całego polskiego komiksu. Nigdy wcześniej polski artysta nie zdecydował się na stworzenie utworu tak rozległego, podejmującego tak wiele poważnych tematów, choć podejmowanych w formie satyrycznej. Dla Christy, po wielu mniej lub bardziej udanych historyjkach o Kajtku i Koko, z pogranicza realizmu i magii, był zwieńczeniem całego długiego cyklu. Po nim artysta był już gotowy do tworzenia jeszcze świetniejszych albumów, tym razem z Kajkiem i Kokoszem. Podjął też decyzję, by całkowicie porzucić stylistykę science-fiction, do której, o dziwo, nigdy już nie powrócił. Warto też wspomnieć o 7 okładkach, które Egmont dodał do ostatnich 7 odcinków tej serii, które są autorstwa hiszpańskiego rysownika disneyowskiego Cesara Ferioli (pierwsze 7 zawierają okładki autorstwa samego Christy). Oczywiście podrabianie stylu Christy jest wyjątkowo trudne. Dwie z tych 7 wspomnianych nowych okładek wydały mi się znośne. I to one trafiły na front tomu 5 i 7. Przy czym „znośne” oznacza w tym wypadku, że osoba mało spostrzegawcza może na pierwszy rzut oka nie zauważyć, że to nie Christa je rysował. Pozostałe są słabsze, przy czym artysta ma szczególne trudności z narysowaniem Kajka, by przypominał on oryginalną postać.

  • 2020 - Egmont, "Dwór Apodyktusa", 21x28cm, 96 stron, miękka okładka,

                      układ pionowy, pokolorowany​

  • 2020 - Egmont, "Bogini moczarów", 21x28cm, 96 stron, miękka okładka,                     układ pionowy, pokolowany

Grafika:

***

Fabuła:

***

Wydanie:

**

OCENA:

8/15

"KAJKO I KOKOSZ" Janusz Christa (1972-2019)

„Kajko i Kokosz” to seria komiksowa, która zaczęła być wydawana w 1972 roku. Jest to klasyka polskiego komiksu. W czasach komunistycznych, do końca lat 80-tych, kiedy pojawiły się pierwsze albumy Thorgala i inne narysowane przez Rosińskiego albumy te były uważane za najlepszy komiks który był dostępny na polskim rynku. A biorąc pod uwagę, że albumy wspomniane były wydane oryginalnie w języku francuskim, a nie polskim, można argumentować, że „Kajko i Kokosz” do dnia dzisiejszego jest najlepszym polskim komiksem, czy najlepszą polską serią komiksową. Zanim ukazał się pierwszy album „Kajka i Kokosza” Christa przez 10 lat tworzył komiksy, w których bohaterami byli Kajtek i Koko. Kajko i Kokosz to pewien etap ewolucji tych bohaterów, których Christa już wcześniej tworzył, aczkolwiek żaden z jego poprzednich komiksów nie osiągnął poziomu masowej popularności. Dopiero „Kajko i Kokosz” wspiął się na wyższy poziom. Oczywiście w tej chwili zdajemy sobie sprawę, z czego wynikał przeskok jakościowy w twórczości Janusza Christy, z którym mieliśmy do czynienia na początku lat 70-tych. Ten przeskok wynikał z licznych zapożyczeń z francuskiego Asterixa. Te zapożyczenia były na wielu różnych poziomach. Zacznijmy od zapożyczeń wizualnych. Najbardziej efektowne sceny, które pojawiają się w „Kajku i Kokoszu” to są sceny walki, czyli ci wojownicy, którzy uderzeni wręcz wyskakują z obuwia, te postacie, które fruwają w powietrzu, z takimi charakterystycznymi gwiazdkami. Jescze mówiąc coś w czasie lotu. I widzimy tutaj bardzo podobną stylistykę w albumach Asterixa, które ukazały się 10 lat przed ukazaniem się „Kajka i Kokosza”. I widzimy te same gwiazdki, podobną reakcję i podobny rysunek tych scen dynamicznych. Widzimy bardzo podobne ujęcia postaci fruwających w powietrzu, z takimi chmurkami bardzo charakterystycznymi. Następne zapożyczenie to są sami bohaterowie, czyli ten Kajko i Kokosz. Czyli mały i duży, chudy i gruby, mądry i głupi, leniwy i odważny, to są oczywiście zapożyczenia z Asterixa i Obelixa. I nikt chyba nie ma wątpliwości, że te postacie były bardzo wzorowane na tych dwóch postaciach. Też wiele drugoplanowych postaci: śpiewaka, który się pojawia w wielu albumach, czarownicy, wiele elementów takich jak nawet złoty puchar, jak różnego rodzaju napoje dające nadwyczajną moc, to wszystko są zapożyczenia z Asterixa. Także to jak wygląda wioska, wiele innych elementów, które były tropione wielokrotnie, i to łatwo sprawdzić i porównać. Też sam pomysł artystyczny na ten album. Mamy tu w obu przypadkach do czynienia z czasami prehistorycznymi, ale jest też bardzo wiele żartów na temat współczesności. Mamy chwilami wrażenie, że postacie są świadome tego, że są w komiksie, że to jest tylko żart. I Asterix, i Kajko i Kokosz, są to takie postacie w przebraniu jakichś tam zamieszchłych czasów, ale z bardzo dużą ilością komentarzy do współczesności, tudzież do rzeczy absolutnie uniwersalnych. Czasy w obydwu przypadkach są prehistoryczne, aczkolwiek rozmijają się jeden z drugim, dlatego że prehistoria dla Francji to są czasy okupacji rzymskiej, natomiast prehistoria w Polsce to są czasy tuż przed chrześcijańskie. Dla mnie „Kajko i Kokosz” jest udanym przeniesieniem na polski grunt kulturowy. Czytając te komiksy nie mamy wrażenia, że jest to jakaś kalka, mimo tych wszystkich elementów, które możemy wytropić, ale mamy wrażenie, że ten komiks żyje własnym życiem. Że te elementy zostały podpatrzone i skopiowane chwilami, ale zostały twórczo przeniesione na nasz grunt, tak że kiedy czytaliśmy ten komiks w latach 70 i 80-tych, nikt nie podejrzewał, że to jest kopia czegokolwiek. Na pewno mocnymi stronami komiksu, oprócz kreski Christy, która jest kreską klasyczną, jest na pewno humor. Są tutaj żarty i dla dzieci i dla dorosłych. I prymitywne, w sensie że ktoś kogoś uderzył i fruwa w powietrzu, do subtelnych, żartów odnoszących się do małżeństwa, do relacji pomiędzy ludźmi, do polityki itd. 

#1 "Złoty puchar" Janusz Christa (1972-73)

To pierwszy album w serii. Oryginalnie był on wydany bez kolorów, w układzie poziomym, w dwóch tomach. Kolorowanie zostało wykonane przez Tomasza Piorunowskiego i jest to kolorowanie, wydaje mi się, poprawne. Kolory mogłyby być nieco żywsze. Starają się one dopasować do kolorystyki pierwszych albumów oryginalnie kolorowanych. W albumach tych książę Mirmił gubi swój ulubiony złoty puchar, bez którego nie jest w stanie funkcjonować i okazuje się, że puchar ten zostaje skradziony przez rycerzy Czarnego Trójkąta. Dochodzi do różnego rodzaju perypetii, które ostatecznie znajdują swój finał i rozstrzygnięcie na dworze królewskim. Sprawiedliwości staje się zadość i puchar zostaje zwrócony prawowitemu właścicielowi. Książę Mirmił przedstawiony jest tutaj jako niedorajda, pantoflarz, stale pod kontrolą swojej żony Lubawy, mięczak, mazgaj, który mimo tych wszystkich swoich złych cech może zawsze liczyć na swoich dwóch, wiernych wojów, Kajka i Kokosza. I to jest pewien stały element całej serii. Typową cechą tych albumów, w odróżnieniu do późniejszych, jest to, że w świecie tym praktycznie nie ma czarów. Jest to, można powiedzieć, bardzo komunistyczna, postępowa niewiara w ludowe zabobony. Główny żart to jest właśnie wyśmianie głupoty prostego ludu wyznającego jakieś dawne wierzenia. Mamy tutaj Kokosza, który mimo że obdażony naturalnie wielką siłą, wierzy w to, że jego cień decyduje o tym, czy danego dnia jest silny czy słaby. Mirmił wierzy, że posiada magiczny złoty puchar, bez którego nie jest w stanie być władcą. Nawet czarownica Zielacha nie posiada tak naprawdę umiejętności czynienia żadnych czarów. Jest to po prostu mądra kobieta, która parzy jakieś ziółka i wykorzystuje swój spryt i łatwowierność innych ludzi, do przekonania ich do różnego rodzaju swoich racji. Ostatecznie przebiegłość dwóch postaci, Zielachy i Kajka, który jest mądrzejszym z pary bohaterów powoduje, że ostatecznie pokonują oni przeciwników, a nie siła fizyczna głupiego Kokosza. Jeżeli chodzi o rysunki Christy to w porównaniu do Asterixa, to ta kreska jest bardziej wyraźna. Można się spierać, że Asterix jest artystycznie być może lepszy. Ale być może, że jest to kwestia przyzwyczajenia, że wychowałem się na kresce Christy, że ta kreska Christy bardziej mi się podoba. Cechą Christy jest to, że wystarczy spojrzeć na jego rysunki i od razu widzimy co się dzieje. Jest tu pewna bardzo duża klarowność, o którą rzadko w komiksach i nie możemy tego powiedzieć na temat Asterixa. Jeżeli jakiekolwiek niedoróbki techniczne tutaj widzimy w tych komiksach, których zresztą jest bardzo niewiele, bo komiks jest świetnie narysowany, to wynika to z tego, że te rysunki zostały mechanicznie powiększone i pierwotnie były one mniejsze. „Złoty Puchar” jest pierwszą z trzech rozbudowanych opowieści z cyklu „Kajka i Kokosza” i jeżeli porównalibyśmy go z pozostałymi albumami, jest to komiks świetny. Tak pod względem wizualnym, jak i fabularnym. Jeżeli możnaby się do czegokolwiek przyczepić, jedyną wadą tego komiksu, którą widzę jest to, że nie jest on za bardzo powiązany z pozostałymi albumami. Jest tu szereg nieścisłości, które są dosyć zastanawiające. Mirmił jest tutaj nazywany księciem, a w późniejszych albumach staje się kasztelanem. Czarownica nazywa się Zielacha, a później nazywana jest Jagą i zmienia się dość mocno jej wygląd. Także rycerze Czarnego Trójkąta, mimo że były to dobre czarne charaktery tej opowieści, nie pojawiają się więcej i nic na ich temat nie słychać. Ocena wydania zależy od tego jak oceniamy kolorowanie i zmianę układu z poziomego na pionowy. Nie jestem w stanie tego do końca ocenić. Wychowałem się na czarno-białej wersji tego komiksu i uwielbiałem ją. Ale nie była ona wznawiana od dziesiątków lat. Wydaje mi się, że warto byłoby wydać oryginalną, czarno-białą wersję i wtedy moglobyśmy porównać która jest lepsza.

Grafika:

***

Fabuła:

***

Wydanie:

**

OCENA:

8/15

  • 1972-73 - Wieczór Wybrzeża, "Złote Prosię" (243 paski)

  • 1973-74 - Express Ilustrowany, "Złoto Mirmiła"

  • 1985 - KAW, "Złoty Puchar" (238 pasków,

         16 pasków zmienionych)

  • 2004 - Egmont (cz.1-3, pokolorowany)

  • 2009-11 - Egmont (cz.1-3, pokolorowany)

#2 "Szranki i konkury" Janusz Christa (1973-74)

„Szranki i Konkury” to jeden z trzech rozbudowanych komiksów w serii, które w tym wydaniu Egmontowskim, składają się z trzech tomów, w odróżnieniu do jednego w przypadku pozostałych albumów. Jest to z tego co pamiętam pierwszy komiks „Kajka i Kokosza” z którym się zapoznałem jako dziecko. I moim zdaniem jest to najlepszy album z wszystkich, mimo że ma chyba najgorszy tytuł. Bo nawet jako dziecko nie bardzo wiedziałem o co chodzi z tymi „szrankami i konkurami”. Tytuł jest fatalny, ale album jest doskonały. Fabularnie jest to o tyle zaskakujące, że jest to dzieło nietypowe w całej serii. Mirmił pojawia się tu tylko na samym początku. Czarownica Jaga w ogóle się nie pojawia. Nie mamy czarnych bohaterów, z którymi rywalizacja napędzałaby akcję, jak Zbójcerze w późniejszych albumach czy rycerze spod znaku Czarnego Trójkąta. Kajko i Kokosz są tu przez cały czas wyrwani ze swego naturalnego środowiska. Fabułą jest bowiem taka, że zostają wysłani jako posiłki do brata Mirmiła, Wojmiła i oczywiście same imiona wspazują na różnice osobowości dwóch braci. Czyli Mirmił kocha pokój, a Wojmił kocha wojnę. Co jest na pewno pretekstem do bardziej żywiołowej akcji. W pierwszym tomie obserwujemy zawiązanie akcji i próby Kajka i Kokosza wydostania się z Mirmiłowa. Później przez większość tomu obserwujemy takie luźne perypetie, które spotykają ich po drodze do ich nowego pracodawcy. Po drodze spotykają mówiącego wierszem rycerza Wita. A kiedy docierają na miejsce okazuje się, że rycerz Wit i Wojmił zakochują się w tej samej pannie, która jest córka sąsiadka Wojmiła, Mszczuja, o imieniu Fochna. W drugim tomie Fochna wyznacza dwój zalotnikom zadanie do wykonania. Mają oni zdobyć trzy magiczne artefakty i ten, który je zdobędzie zdobędzie też rękę panny. Kajko i Kokosz jako odważni i wierni woje zobowiązują się do wykonania zadania, Kajko w imieniu rycerza Wita, z którym się przyjaźni, a Kokosz w imieniu Wojmiła, do którego jest mu bliżej osobowościowo. Z czasem docierają do siedziby króla piratów Rangara Złotowłosego, który próbuje przed swoimi poddanymi ukryć fakt, że stracił swoje włosy, które według legendy zapewniają mu powodzenie w walce. Synem Rangara jest mazgaj i oferma Olf. W trzecim tomie piraci atakują siedzibę Wojmiła, podczas gdy Kajko i Kokosz, wydostawszy się z wyspy zdążają z odsieczą i ostatecznie atak zostaje odparty, głównie dzięki pomysłowości sługi Wojmiła. Album kończy się tym, że służba u Wojmiła została zakończona i Kajko i Kokosz wracają szczęśliwie do domu. Cechą wyróżniającą „Szranki i Konkury” jest oczywiście humor. Już pierwsze rysunki przynoszą satyryczne spojrzenie na postacie i naturę ludzką, na uniwersalne słabostki i śmiesznostki człowieka. Wojmił jest tutaj pokazany jako taki prymitywny, ograniczony umysłowo militarysta, wiecznie wszczynający rozróbę. Rycerz Wit z kolei to taki oderwany od rzeczywistości fantasta, wyraźnie wzorowany na „Don Kichocie” Cervantesa. Z kolei kiedy już docieramy na miejsce ta wieczna, niekończąca się rywalizacja pomiędzy Wojmiłem i jego sąsiadem Mszczujem to są oczywiście echa „Zemsty” Fredry. A ta Fochna, która wyznacza nierealne życzenia wobec swoich zalotników również wzięta jest z „Zemsty” („krokodyla daj mi luby” itd). Kiedy trafiamy do wyspy piratów, ten Olf to jest postać całkowicie humorystyczna. Także ci trzej starzy piraci, którzy marzą o tym, żeby znów wyruszyć na podboje to też są postacie służące do wywołanie efektu satyrycznego. Pomimo jednak tych wszystkich elementów humorystycznych świat tego albumu, w porównaniu do pozostałych albumów z serii, jest, mam wrażenie, światem bardzo realnym. Po pierwsze rola czarów w tym świecie jest ograniczona do minimum. Jeżeli pojawia się tu jakakolwiek magiczna mikstura to albo nie działa, albo okazuje się maścią na porost włosów. Mamy chwilami wrażenie, że bohaterowie są śmiertelni. Np. w scenie w której siedzą na drzewie i ktoś strzela do nich z łuku. I ten realizm jest daleki od tej całej asterixowskiej tradycji, z której „Kajko i Kokosz” się wywodzą. Nawet te tortury, które się w pewnym momencie pojawiają, co prawda pokazane w taki humorystyczny sposób, ale jednak są to tortury. Rzadko się zdarza, żeby w albumie komiksowym dla dzieci pojawiło się coś takiego. Struktura całego komiksu, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego długość, jest doskonała. Akcja przenosi się z miejsca na miejsce, pojawiają się kolejne postacie, tempo jest równe i efektowne. W odróżnieniu od większości późniejszych albumów „Kajka i Kokosza”, które były krótkimi opowieściami, osadzonymi w jakimś konkretnym miejscu, i w których jest zaledwie kilka postaci, tutaj możemy powiedzieć, że jest to opowieść epicka. A jednocześnie pochłania się ją jednym hałstem. I kiedy się ona wreszcie kończy, kończy się bardzo raptownie i mamy wrażenie, że autor mógłby tę opowieść ciągnąć. Dlatego, że tu nie nudzimy się ani przez moment. Na niemal każdej stronie jest jakiś element humorystyczny, jest akcja, nie wiemy co się zdarzy, postacie które pojawiają się w każdym momencie są interesujące. W swoim gatunku jest to absolutny majstersztyk. Pierwotnie „Szranki i Konkury” wyszły w formie czarno-białej. Zostały one pokolorowane przez wydawnictwo Egmont. Kolorował je Jacek Skrzydlewski i jest to inna osoba niż ta, która kolorowała „Złoty Puchar”. I moim zdaniem to kolorowanie jest gorsze od tamtego kolorowania. Mogę zwrócić uwagę na kilka wad, które przynajmniej mnie rzucają się w oczy. Np. kolor ubrania Mszczuja. Nie wiem co to jest za kolor, ale jest mdły i kompletnie nie pasuje. I ten kolor pojawia się kilkakrotnie. Druga rzecz, która mnie razi jeśli chodzi o kolory to jest to fakt, że ilekroć jakaś osoba traci nerwy to pojawia się taki bardzo intensywny czerwony kolor na jego twarzy. Jest to rzecz całkowicie dodana do wizji artystycznej autora. Jest to rzecz o tyle rażąca, że to jest komiks i tutaj na każdej stronie ktoś traci nerwy. W rezultacie cały czas mamy ten czerwony kolor na twarzy postaci.

  • 1973-74 - Wieczór Wybrzeża (344 paski)

  • 1973-74 - Express Poznański

  • 1985-86 - Wieczór Wybrzeża

  • 1985 - KAW (cz.1-2, 330 pasków, w tym 6 nowych)

  • 1996-97 - Dziennik Bałtycki (175 pasków)

  • 2005 - Egmont (cz.1-3, pokolorowany, 330 pasków,                              15 zmienionych)

  • 2009-11 - Egmont (cz.1-3, pokolorowany, 330 pasków,                          15 zmienionych)

  • 2006-08 - Dziennik Bałtycki (pokolorowany, 220 pasków)

Grafika:

***

Fabuła:

****

Wydanie:

**

OCENA:

9/15

#3 "Woje Mirmiła" Janusz Christa (1974-75)

„Woje Mirmiła” to album, który oryginalnie był wydany w dwóch tomach pod tytułem „Rozprawa z Dajmiechem” i „Woje Mirmiła”. Trzecia okładka wydania Egmontu jest wyraźnie różna stylistycznie. Jest to trzeci z rozbudowanych albumów w serii. Ponownie spotykamy tu Wojmiła, brata Mirmiła, przy czym tym razem to on przyjeżdża z wizytą do brata. Po pierwszy pojawia się tu Łamignat, jedna z najciekawszych postaci w serii. Jest to obdażony olbrzymią siłą zbój o gołębim sercu, niezbyt dużego rozumu, który uzbrojony w maczugę, którą nazywa Bacikiem, którą tylko on potrafi podnieść, rabuje bogatych i oddaje biednym. Jest to taka łagodna karykatura Janosika. W Łamignacie zakochana jest czarownica Jaga, ciotka Kokosza, która najwyraźniej jest dawną Zielachą znaną ze „Złotego Pucharu”, chociaż przemiana Zielachy w Jagę nigdy nie była dla mnie zbyt oczywista. Głównym czarnym bohaterem pierwszego tomu jest królewski kanclerz, który upokorzony przez Łamignata próbuje doprowadzić do jego ścięcia. Z tego powodu Kokosz zostaje wysłany na naukę fachu, która kończy się niepowodzeniem z powodu braku zaangażowania ucznia w naukę. Kanclerz następnie knuje, by pozbawić urzędu Mirmiła. Bohaterowie zmuszeni są wyruszyć na wojnę z sąsiednim plemieniem Omsów. Kajko wpada na pomysł, żeby zamiast wojny zorganizować mecz piłki nożnej, który jednak kończy się katastrofą ze względu na niezrozumienie przepisów gry przez uczestników. Cały pierwszy tom jest bardzo udany i zabawny. Jest tu wiele dowcipów biorących się ze zderzenia nowoczesności (takiej jak mecz piłki nożnej) z mentalnością dawnych czasów. Są tu też świetne postacie, takie jak Łamignat i Wojmił. Byłby to bardzo dobry album, gdyby urwał się w tym momencie. Niestety nie urwał się. W drugim tomie pojawia się Dajmiech, kuzyn kanclerza, który przy jego pomocy przejmuje władzę nad Mirmiłowem i doprowadza do wygnania Mirmiła. Dajmiech to kanalia, który okrada nawet własnych żołnierzy. Towarzyszy mu Wojski Niesław, olbrzym obdażony siłą, ale pozbawiony rozumi, pałający wielką nienawiścią do naszych bohaterów. Kajko i Kokosz pozostają w grodzie, próbując pozbyć się napastników i na tym skupia się główna intryga. Dwa główne problemy związane z tą opowieścią to: Po pierwsze, postacie negatywne to głupki (zwłaszcza Wojski) i nie są one godnymi rywalami dla Kajka i Kokosza. Do tego stopnia, że starcia między nimi powodują, że wręcz współczujemy biednemu Wojskiemu, którego spotykają najróżniejsze opresje. Po drugie, poziom dowcipu jest wyraźnie niższy od tego, do czego Christa nas przyzwyczaił. Dużo tu takich żartów typu: uderzyło go zgniłe jajko w twarz. Albo: wszyscy myślą, że świnia przebrana Za Wojskiego to Wojski. Najciekawszy jest motyw Jagi, ukrywającej fakt, że list Dajmiecha do króla nie uległ zniszczeniu. W tomie trzecim mam wrażenie, że rysunki Christy obniżają swój poziom artystyczny. Widzimy to w rysunku niedźwiedzi spadających na głowy bohaterów. Także wiele pomysłów traci kontrakt z rzeczywistością. Zabawne są konsekwencje serum prawdy, który piją różne osoby i który wywołuje w nich niekontrolowaną prawdomówność. Całość kończy pojawienie się króla i szczęśliwy powrót Mirmiła. Zło zostaje zdemaskowane niczym w opowieści o Robin Hoodzie. W odróżnieniu do „Złotego Pucharu” i „Szranków i Konkurów” całość wydaje się za długa i dość z czasem powtarzalna. Wydaje mi się, że sam Christa zrozumiał, że ten typ humoru działa lepiej w krótszej formie i od tej pory tworzył tylko jednotomowe albumy. Album pierwotnie został wydany w formie czarno-białej i poziomej. Ale już pierwsze wydanie albumowe było pokolorowane przez samego autora, ale mam wrażenie, że kolory są tu dość wyblakłe w porównaniu do późniejszych kolorowych albumów. Jest to jak sądzę różnica między kolorowaniem ręcznym i komputerowym. Egmont zmienił też układ komiksu z poziomego na pionowy, tak samo jak w przypadku dwóch innych wcześniejszych albumów.

  • 1974-76 - Express Poznański

  • 1984-85 - Wieczór Wybrzeża, "Kajko i Kokosz" (234 paski)

  • 1987-88 - KAW, "Woje Mirmiła" & "Rozprawa z Dajmiechem"                              (pokolorowany, 234 paski, w tym 13 przerysowanych)

  • 2003 - Egmont (cz.1-3, pokolorowany)

  • 2009-11 - Egmont (cz.1-3, pokolorowany)

Grafika:

***

Fabuła:

**

Wydanie:

**

OCENA:

7/15

#4 "Szkoła latania" Janusz Christa (1975)

„Szkoła Latania” to pierwszy jednotomowy album z serii. To także album, który wprowadził pewną formułę, która będzie następnie powtarzana przez autora wielokrotnie. Po raz pierwszy pojawiają się tu Zbójcerze, karykaturalnie przedstawieni złoczyńcy, którzy mieszkają w pobliskiej Warownii i których jednym celem życiowym jest zdobycie Mirmiłowa. Za każdym razem jednak dostają, używając języka Christy, solidnego łupnia. Zbójcerzami kieruje Hegemon, który jest karykaturą wodza. Jest chciwy i łasy na komplementy. Jego zastępcą jest Kapral, typowy drobny zamordysta i pochlebca, czekający tylko na moment, by zająć miejsce Hegemona. W tym albumie pomysłem Zbójcerzy jest pozbycie się z grodu Kajka i Kokosza, którzy są zbyt mocnymi rywalami w walce. Fabuła jest następująca: Hegemonowi pod przebraniem udaje się rozbudzić w Mirmile chęć fruwania, ale pierwsze próby użycia do tego latającej miotły czarownicy Jagi są nieudane. Trójka bohaterów udaje się do szkoły latania, dla czarownic, którą kończy Mirmił z oficjalnym dyplomem. Dzięki temu wracają do grodu w latającej skrzyni. Wykorzystując nieobecność Kajka i Kokosza Zbójcerze szturmują Mirmiłowo, ale zdobycie grodu uniemożliwia brawurowa odsiecz z powietrza. Zabawnym lejtmotywem opowieści jest wiara Łamignata w czarodziejską moc fujarki, którą podarowała mu żona, a która zapewnia mu nadludzką siłę. Chociaż próby doświadczalne nie potwierdzają tego faktu. Cały ten pomysł fruwania Mirmiła jest o tyle mało przekonujący, że nigdy już później Christa nie wraca do niego. Śmieszne są tu raczej epizody, jak te z Łamignatem, czy scena z dentystą. Mniej zapamiętujemy natomiast główną intrygę. Wizualnie album jest ładnie i starannie narysowany. Chociaż pierwsze rysunki Hegemona nie są jeszcze konsekwentne. Jest on wyraźnie grubszy w późniejszych albumach. Chyba że założyć, że przytyło mu się później. Prawdopodobnie z powodu stresu.

  • 1975 - Świat Młodych, "Kajko i Kokosz" (35 plansz)

  • 1981 - KAW, "Szkoła Latania / Wielki Turniej"

  • 1984 - Express Ilustrowany (czarno-biały)

  • 1986 - KAW

  • 1988 - KAW

  • 1990 - Zespół

  • 2000 - Jupi Direct

  • 2003 - Egmont

  • 2011 - Egmont

  • 2013 - POLspeed

Grafika:

***

Fabuła:

***

Wydanie:

**

OCENA:

8/15

#5 "Wielki turniej" Janusz Christa (1976)

W odróżnieniu do „Szkoły Latania” jest to album bardzo skupiony na głównej intrydze, a mniej epizodyczny. Pytanie czy jest to plus czy minus. Byłby to plus, gdyby ta główna intryga była opowiednio dobra. Ale czy jest? Są o niejako dwie historie sklejone ze sobą, połączone jednym elementem: baranem. Pierwsze 12 stron to historia zmory sennej, którą podrzucają kasztelanowi Mirmiłowi Zbójcerze w charakterze broni biologicznej. Udaje się go wyleczyć dzięki czarom Jagi i ostatecznie trafia ona sprawiedliwie spowrotem do Zbójcerzy. Jest to taka historyjka na poziomie, powiedziałbym, „Świata Młodych”. Potem zaczyna się zasadnicza historia, o tytułowym Wielkim Turnieju baranów, organizowanym w stolicy. Zbójcerzom udaje się położyć łapę na najsilniejszym z nich. Kajkowi i Kokoszowi natomiast dostaje się największy fajtłapa, Bek. Baran Zbójcerzy pokonuje wszystkich rywali, także dzięki niedozwolonym środkojm dopingującym, które mu podają. Ale w decydującej walce zwycięża go niepozorny Bek. Muszę powiedzieć, że nie przekonuje mnie ta historia. W tym umownym świecie komiksowych postaci, jest tu zbyt wiele rzeczy, na które trzeba przymknąć oko. Czemu ten złoty róg za wygraną jest nagle taki ważny? Nie kupuję też tych cudownych mocy ukrytych w najmniejszym baranie. Chociaż pamiętam, że jako dziecko mi się to podobało. Więc może że jest to takie spojrzenie krytyczne dorosłego. Najważniejszym jednak zarzutem jest to, że za mało tutaj humoru jak na „Kajka i Kokosza”. Te perypetie bohaterów z cudownymi ziołami, które podarowała im Jaga też nie wydały mi się ani specjalnie zabawne, ani wiarygodne. Brakuje tu tego, co powinno być kośćcem każdego albumu w serii: Zbójcerze powinni atakować Mirmiłowo, a Kajko i Kokosz powinni go bronić. Rysunki, jak to u Christy, prezentują typowy wysoki poziom. Szczególnie podobają mi się te przedstawiające Kaprala oraz Mirmiła. Reasumując jednak, jest to słabszy album w serii.

  • 1976 - Świat Młodych, "Kajko i Kokosz" (35 plansz)

  • 1981 - KAW, "Szkoła Latania / Wielki Turniej"

  • 1986 - KAW

  • 1988 - KAW

  • 2000 - Jupi Direct

  • 2003 - Egmont

  • 2009 - Egmont

  • 2013 - POLspeed

Grafika:

***

Fabuła:

**

Wydanie:

**

OCENA:

7/15

#6 "Na wczasach" Janusz Christa (1977)

W albumie tym książęcy referent do spraw turystyki i wypoczynku przybywa do Mirmiłowa, ale przywozi tylko jedno skierowanie na wczasy. Skierowanie dostaje Kajko, podczas gdy Kokosz jedzie z nim na gapę. Do pomocy otrzymują od czarownicy Jagi rękawice siły, którą jednak można użyć tylko trzy razy. Na miejscu wczasy okazują się dalekie od oczekiwań, tak pod względem rozrywek, jak i żywienia. Poznajemy też arcykapłana Porewita, który posiada zdolności hipnotyczne. Uciekając od niego bohaterowie natrafiają na rozbójników z Romborga, którym początkowo imponują dzięki użyciu rękawicy siły, ale potem wpadają w kłopoty, gdy rękawica przestaje działać. W ostatniej scenie piraci atakują Mirmiłowo, ale mają pecha, bo w tym samym momencie gród atakują Zbójcerze, co kończy się wyniszczającą obie strony bitwą. Jest to jeden z najlepszych albumów w serii, który wraca do wzorców, które znamy zwłaszcza ze „Szranków i Konkurów”. Po pierwsze jest tu to, co najśmieszniejsze u Christy, czyli komizm wynikający ze zderzenia współczesnych wynalazków, takich jak wczasy, z realiami czasów przedhistorycznych. Wczasy z piekła rodem to oczywiście satyra na okropny poziom komunistycznych domów wczasowych. Mimo małej objętości wiele się tu dzieje i pojawia się wiele różnych postaci. Kajko i Kokosz ponownie wyjeżdżają z Mirmiłowa i czeka na nich masa przygód. Znów wraca rycerz Wit, którego znamy ze „Szranków i Konkurów”, chociaż nie mówi wierszem, a szkoda. Znów pojawiają się też piraci, chociaż tutaj nazywani są rozbójnikami. Wraca też nawet motyw tortur, które czekają bohaterów przed śmiercią. No i oczywiście w ostatniej scenie piraci atakują gród, po raz kolejny. Jednocześnie Christa urozmaica przećwiczone już w „Szrankach i Konkurach” motywy nowymi, znanymi bardziej z późniejszych odcinków. Mamy więc dużo czarów, których nie było w pierwszych albumach: rękawice siły i zdolności hipnotyczne, które uzyskuje się dzięki magicznemu eliksirowi. Dzięki temu mamy tu niejako najlepsze pomysły z obu okresów twórczości autora: wczesnego i późnego. I dzięki nim mamy wspaniałą kulminację, w postaci finałowej bitwy. Jakby piraci Rangara ze „Szranków i Konkurów” zderzyli się ze Zbójcerzami ze „Szkoły Latania”. Wizualnie album przypomina dwa poprzednie odcinki serii. Jest to dopracowana kreska, ale bez jakichś specjalnych fajerwerków. W większych rysunkach, np. twierdzy piratów, czy też ostatnich przedstawiających finałową bitwę, przydałoby się nieco więcej epickiego rozmachu. Są jednak wykonane mało ambitnie. Wyraźnie cały wysiłek Christy w tym albumie poszedł w stronę dopracowanej i zabawnej warstwy fabularnej.

  • 1977 - Świat Młodych, "Kajko i Kokosz" (35 plansz)

  • 1983 - KAW

  • 1988 - KAW

  • 1990 - Muza

  • 2003 - Egmont

  • 2009 - Egmont

  • 2013 - POLspeed

Grafika:

***

Fabuła:

****

Wydanie:

**

OCENA:

9/15

#7 "Zamach na Milusia" Janusz Christa (1977-78)

Jest to pierwszy z trzech albumów, w których główną postacią staje się smok Miluś. Można nawet powiedzieć, że jest to taki rozbudowany, trzy częściowy komiks, który został rozbity następnie przez Christę na trzy niezależne albumy. Zwłaszcza, że wszystkie te trzy albumy są narysowane w dość podobny sposób. Widzimy Kajka i Kokosza, którzy znajdują wielkie jajko. Z jajka wykluwa się nietypowy smok, który okazuje się poczciwy i chętny do zabawy. Stąd zostaje nazwany Milusiem. Miluś dokonuje wielkiego spustoszenia w grodzie, ale gdy trzeba, ratuje bohaterów z opresji. Jako że Zbójcerzom przybyła nowa przeszkoda w planach zdobycia Mirmiłowa wzywają na pomoc mocarza Rodrusa, ale smok okazuje się niezniszczalny. Bierze też w łeb kolejna próba zorganizowana przez Zbójcerzy schwytania smoka. Uważam, że wprowadzenie Milusia do akcji ożywiło całą serię. Jest to fajna postać, wywołująca natychmiastową sympatię. Jej obecność pociąga za sobą lawinę śmiesznych sytuacji. Wiele rysunków z udziałem smoka Milusia pozostaje najbardziej zapadającymi w pamięć rysunkami z całej serii. Miluś nie jest więc moim zdaniem problemem. Natomiast fabularnie można mieć wiele pretensji wobec tego konkretnego albumu. Po pierwsze wydaje się, że postacie Kajka i Kokosza stają się tutaj jakieś płytkie i chwilami wręcz irytują. Tak jakby cała sympatia autora spłynęła na smoka. Rażą chwilami głupotą (cały ten pomysł Kokosza wysiadywania jajka, czyli sytuacja z kołyską). Stale się ze sobą kłócą. Aż można się zastanawiać co im się takiego stało. Robią też sobie głupie dowcipy. W jednym miejscu nawet przeklinają. Wizualnie kreska Christy ulega tu pewnej ewolucji. Poszczególne rysunki stają się bardziej szczegółowe, a postacie wyraźnie większe. Z jednej strony owocuje to wieloma bardziej ambitnymi rysunkami, jakich wcześniej nie oglądaliśmy w serii. Ale wartość wizualną obniża pięć stron, które zostały dodane później, w roku 1989, w których niestety widzimy wyraźnie pogarszającą się kreskę Christy. Postaice Kajka i Kokosza są mało do siebie podobne, wyglądają trochę jak postacie dzieci z za dużymi głowami.

  • 1977-78 - Relax, "Kajko i Kokosz" (33 plansze)

  • 1983 - KAW

  • 1989 - Rój (wydanie rozszerzone)

  • 2003 - Egmont

  • 2009 - Egmont

  • 2013 - POLspeed (38 plansz, w tym 5 nowych)

Grafika:

***

Fabuła:

***

Wydanie:

**

OCENA:

8/15

#8 "Skarby Mirmiła" Janusz Christa (1980)

Album opisuje nieudane próby, jakie podejmują nasi bohaterowie, w celu nauczenia Milusia umiejętności fruwania. Gdy postanawiają wykraść z domu czarownicy Jagi czarodziejską maść latania, zostają ukarani powiększeniem dłoni. Odkupują swe winy pomagając w gaszeniu pożaru jej chatki. Tymczasem Zbójcerzom udaje się schwytać smoka. Za jego uwolnienie żądają od mieszkańców grodu okupu w wysokości skrzyni pełnej złota. Kajko i Kokosz posługują się maścią latania by wywołać zamieszanie w ich Warowni. W decydującym momencie ratuje ich Miluś, który jak się okazuje, gdy trzeba, umie jednak latać. Komiks jest zabawny, a opisywane wydarzenia dynamiczne i efektowne. Humor początkowo bierze się z niepowodzeń, jakie spotykają naszych bohaterów, którzy są fatalnymi nauczycielami fruwania. Ich nieudolność, dla większego efektu komicznego, zderzona jest z wrodzonym spokojem smoka, który niewzruszony przygląda się im wysiłkom. Z kolei sceny z powiększonymi dłońmi są stosunkowo najsłabsze w całym odcinku. Pojawia się tu po raz pierwszy wśród Zbójcerzy rozbudowana postać Ofermy. Jest to urodzony pechowiec i nieudacznik, ale jednocześnie też trochę taki Dobry Wojak Szwejk, także w tym w jaki sposób jest narysowany. To taki trochę idiota, a trochę filozof. Jego ślamazarność stale wywołuje rozmaite katastrofy i spędza sen z oczu Kaprala, który go szczerze nienawidzi i robi wszystko, żeby się go pozbyć. Decydujące momenty albumu są widowiskowe. Scena, w którym Hegemon, z płaszczem posmarowanym maścią latania, próbuje nie wzlecieć w powietrze, przypomina nieco podobne konfrontacje, które oglądaliśmy już w „Złotym Pucharze”, ale pomysł jest świetny. Także moment, kiedy Miluś wreszcie zaczyna latać i zatapia łódź bojową Zbójcerzy jest wysoce satysfakcjonujący. Wizualnie mamy przed sobą kolejny doskonały produkt w wykonaniu Christy. Wiele rysunków bohaterów należy tu do najlepszych jakie kiedykolwiek narysował: Kajko i Kokosz, czarownica Jaga, Miluś, Hegemon, ten sam ponownie. Cały album jest rysunkowo pozbawiony najmniejszych nawet potknięć. Większe rysunki, może nie są jakieś specjalnie ambitne, ale też nie można im niczego konkretnego zarzucić. Jednym słowem udana pozycja w całej serii, tak pod względem fabularnym, jak i wizualnie.

  • 1980 - Świat Młodych, "Kajko, Kokosz i Miluś" (40 plansz)

  • 1985 - KAW

  • 1988 - KAW

  • 2003 - Egmont

  • 2011 - Egmont

  • 2013 - POLspeed (pokolorowany na nowo)

Grafika:

***

Fabuła:

***

Wydanie:

**

OCENA:

8/15

#9 "Cudowny lek" Janusz Christa (1981)

To trzeci i ostatni album, w którym pojawia się smok Miluś. Po tym jak nauczył się on fruwać Zbójcerze wyznaczają nagrodę dla rycerza, który pokona „bestię”. Zabicie Milusia okazuje się jednak niewykonalne. Szukając coraz nowych sposobów zdobycia grodu podrzucają do Mirmiłowa Kaprala chorego na katar. Umierający Mirmił wysyła Kajka i Kokosza, by zdobyli dla niego cudowną wodę ze źródła Pochwista. Na miejscu próbują uwolnić Kapryldę, więzioną przez czarownika Ramparama. Odnajdują źródło cudownego leku i odczarowują je. Cudowny lek używają jednak, by wskrzesić Ramparama. Wracają akurat na czas, by uratować Mirmiłowo przed kolejnym atakiem Zbójcerzy. Mirmił zostaje uzdrowiony zwykłą wodą. Z kolei Miluś zakochuje się i opuszcza swych opiekunów. Pierwsza część komiksu, z udziałem Zbójcerzy i smoka Milusia, jest zabawna i wykorzystuje pomysł fizycznej niezniszczalności smoka. Nawet jeżeli logicznie nie jest ona w pełni wiarygodna. Widzimy, że bardziej zależy autorowi na efekcie komicznym niż na tym, by przedstawiane wydarzenia były prawdopodobne. Najsłabsza w albumie jest środkowa część. Cała ta historia Kapryldy jest mało dla mnie zrozumiała. Mamy tu jakąś pannę z nieznanych powodów odgrywającą rolę zakładniczki, a wszystkie postacie tu występujące okazują się jedną rodziną. Z kolei ta dziwna postać Marzana, która pojawia się na moment to wyraźna zapowiedź późniejszych Borostworów i nie bardzo wiadomo do czego w opowieści służy. Koniec jest natomiast najlepszy. Wizja ludzi, którzy nie mogą przestać pić z zatrudnego źródła nabiera niespodziewanie poważnego wymiaru, który rzadko pojawia się w serii. Końcówka z udziałem Zbójcerzy to klasyczny Kajko i Kokosz. A pomysł z tym, że Mirmiła uzdrawia zwykła woda ze studni świetnie pasuje do tej postaci. Wizualnie rzecz jest dopracowana do najmniejszego szczegółu. Jest dużo udanych rysunków, Kajka, Kokosza, obydwu, ponownie. Dobrze jest narysowany Ramparam. Znowu Kokosz. Na szczególną uwagę zasługują, rzadko pojawiające się wcześniej, rozbudowane rysunki: warowni Ramparama,– po raz pierwszy sprawiają one wrażenie pewnego rozmachu. Tu pojawia się nawet gra światła. Ze względu na rozmach wizualny i doskonałe zakończenie można chyba uznać ten album za najlepszy z trzech opisujących smoka Milusia.

  • 1981 - Świat Młodych, "Kajko, Kokosz i Miluś" (40 plansz)

  • 1984 - KAW

  • 1985 - Express Ilustrowany, bez tytułu (czarno-biały)

  • 1988 - KAW

  • 2003 - Egmont

  • 2009 - Egmont

  • 2013 - POLspeed

Grafika:

****

Fabuła:

***

Wydanie:

**

OCENA:

9/15